niedziela, grudnia 31, 2006

Zamiast podsumowania

Zamiast drętwego podsumowania roku, chciałbym przytoczyć coś z zamierzchłej przeszłości. Zresztą trochę á propos.

Działo się to w niesławnym, XX wieku. Komuna już była upadła, Jarek znalazł właśnie pracę, a do wojska brali, po długiej, blisko 10-letniej przerwie, pierwszy rocznik studenciaków. Wzięli i Jarka, buciorami przerywając świetnie rozwijającą się karierę.

W trakcie służby, zwanej długoterminowym przeszkoleniem wojskowym każdy ze świeżo zaciągniętych studenciaków miał zaszczyt pełnić rolę oficera dyżurnego kompanii. Oficer taki nie miał wiele do roboty - sprawdzić porządki w rejonach, zliczyć stan, który telefonicznie podawało się potem oficerowi dyżurnemu jednostki i w końcu miał też z samego rana złożyć raport przybywającemu dowódcy kompanii.

Raport ten to była prawdziwa, lingwistyczna perełka. Brzmiał mniej więcej tak:
- Kompania baczność!!! Panie pułkowniku. Oficer dyżurny kompanii, starszy szeregowy podchorąży taki to a taki melduje, iż w nocy na terenie kompani nic ważnego nie wydarzyło się!" - wszystko obowiązkowo na jednym wdechu i jak z kałacha - bez zająknięcia. Żeby siary nie było przed majtkami, którzy w ilościach hurtowych, niby przypadkiem, akurat pojawiali się w okolicy i zastygali w pozycji na baczność, licząc na widowisko.

W sumie nic wielkiego. Tekst standardowy. Wystarczy poćwiczyć, ze dwa razy stanąć przed lustrem i jakoś to będzie. Gdy przyszła kolej Jarka, był gotów. Regułka wyuczona. Stany podliczone. Majtki biegają po żarcie do kantyny. Na frontach spokój. Po ogłoszeniu ciszy nocnej oficer dyżurny zapadł więc w słodkie lenistwo.

Tego dnia oficerem dyżurnym jednostki był jednak pewien kapitan. Nie wspomnę jego funkcji ale z pewnością był to oficer środowiskowy, dawnej zwany politycznym a w cywilu kaowcem. Sukinsyn zamyślił sobie, rzecz niesłychana, przyjść do nas na inspekcję.

W okolicach godziny 23:00, kiedy strudzony oficer dyżurny Zając przysnął był na chwilę, wpadł do budynku, a następnie do kilku pokoi. Pokoi w których panowie podchorążowie spożywali, jak co wieczór, różne napoje.

- Panie podchorąży, zobowiązuję pana do złożenia raportu dowódcy kompanii. Sprawdzę wykonanie tego rozkazu!" - i poszedł. A oficer dyżurny nie zmrużył już tej nocy oka, układając sobie w myślach rzeczony raport. A im bliżej było świtu, tym mniej z tego wynikało. Czas uciekał nieubłaganie, w głowie pustka, serce w gardle. Panika rosła aż do momentu kulminacyjnego. W drzwiach zamajaczyła sylwetka dowódcy.

- Kompania baczność!! - tym razem gapiów były tłumy. Wszyscy już wiedzieli, że rano będą niezłe jaja.

- Panie pułkowniku! Oficer dyżurny kompanii, starszy kapral podchorąży Jarosław Zając melduje, iż w dniu wczorajszym o godznie 23:00 oficer dyżurny jednostki podczas inspekcji plutonów stwierdził fakt spożycia alkoholu przez podchorążych!".

Oddech. I cisza. Dowódca zachowuje kamienną twarz. Chciałoby się zamknąć oczy i czekać na wyrok. Cisza się przedłuża a oczy dowódcy jakby czegoś oczekiwały.

- Poza tym nic ważnego nie wydarzyło się!!.

Salut, graba i pułkownik znika w swojej kanciapie. Nie zastrzelił.
O 9:00 zdałem służbę.

poniedziałek, grudnia 25, 2006

Mikołaj jest za miękki

"Kochany Mikołaju! Marzę o małej toaletce dla dziewczynek. Bardzo Cię o to proszę. Obiecuję, że będę grzeczna, będę sprzątała zabawki i pomagała Mamusi. Hania Zając"

List tej treści, przy pewnej pomocy Niani, spisany został czerwoną kredką, niby cyrograf. Zamiast podpisu jest rysunek Mikołaja bez twarzy. Uroczy.

Hania o toaletce mówiła nam już od jakichś dwóch miesięcy. Nachalnie, nieustępliwie, z pasją i czułością. Wypatrzona w reklamówe z marketu stała się prawdziwym obiektem marzeń. Tak jak to stoi w liście.

Hania nie była grzeczna (przynajmniej nic się w tym zakresie nie zmieniło w ostatnim okresie), mamie nie pomagała a o sprzątaniu słyszała tylko, że coś takiego istnieje. W Niemczech czy coś...

Toletkę dostała. I powiem wam szczerze, te dwie minuty szalonej radości, utrwalone za zdjęciu, warte są trzysta razy więcej niż największa nawet grzeczność, sobotnie wspólne porządki czy pomoc przy lepieniu pierogów.

Dlatego też drogi Mikołaju nie oczekuj, że znajdziesz tu jakieś grzeczne dzieci w przyszłym roku. Gdybyś jednak szukał szczęśliwych...

piątek, grudnia 22, 2006

Efekt skali

- To się Haniu robi tak - kładziesz na ziemi kredkę, w poprzek kredki linijkę. Na tym końcu stawiasz ludka a tu robisz...pach!

Figurka czarodzieja, coś á la Gandalf, wzlatuje z wdziękiem pod sufit a ogniki w oczach Hani dowodzą, że pomysł na nową zabawę był udany.

- Tato, teraz ja! - Hania bez zwłoki bierze się do roboty, ale niezbyt zgrabnie jej to idzie. To jej jednak nie zniechęca.

W międzyczasie Marysia zgłasza wniosek o wyjście do łazienki, gdzie też natychmiast się udaje, ciągnąc za sobą tatę. Po kilku minutach wracają.

Na wyrzutni stają właśnie: weteran powietrznych podróży Gandalf, drweniana kaczka w koszyczku, trzy ułomki świecowych kredek, jedna cała kredka oraz szklana kulka (trochę nieposłuszna, zgodnie z regułą równi pochyłej). Za chwilę wszystko to wzlatuje w powietrze, efektowną kaskadą wracając potem na ziemię. Hania od razu przystępuje do ponownego ładowania katapulty.

W ten oto prosty sposób mała Hania udowodniła znane twierdzenie ekonomiczne, zgodnie z którym grupa jest więcej warta od prostej sumy elementów na nią się składających. Więcej jest bowiem frajdy z jednokrotnego wystrzelenia pięciu peirdułek niż z pięciu wzlotów jednego Gandalfa.

niedziela, grudnia 17, 2006

Kwestia czasu

Na czwartym chyba spotkaniu, na którym w okresie od 6 grudnia pojawił się Święty Mikołaj, Hania przeżywała prawdziwe katusze. Rzecz w tym, że Mikołaj się spóźniał. Towarzystwo głodne, skupiło się na konsumpcji, potrzeby dzieci odsuwając na dalszy plan.
- Tato! Czekam, czekam i czekam. Czekam i czekaaam. Już chyba całe dwie minuty!

Jak pisał pewien autor, czas jest najprostszą rzeczą.

środa, grudnia 06, 2006

Sto tysięcy licencjonowanych zboczeńców

Jak podaje prasa, jest ich legion, 100 tysięcy albo więcej. Zdają egzamin, mają swój związek i działają zgodnie z literą prawa. Ale to im nie wystarcza. Szczycą się swoją dewiacją, celebrują zboczone rytuały i przekonują świat, że są pożyteczni. Ani im do głowy przyjdzie wstyd.

W dawnych czasach miejski kat, ten od parszywej roboty, mieszkać musiał za miastem, w lesie na pagórku. I nikt mu ręki nie chciał podać a żonę miał brzydką jak noc. Był potrzebny, a jakże. I za tę potrzebną, parszywą robotę dostawał od miasta godziwą zapłątę. Dlatego też kaci nie wyginęli. I tak być powinno. Od parszywej roboty są opłacani parszywcy.

A nie, że będą mi się tu zboczeńcy tłumaczyć, że do zwierząt trzba strzelać, bo zwierząt za dużo jest i równowagi w ekosystemie brak. Może i brak i trzeba strzelać, ale do roboty takiej powinno się wynajmować sparszywiałych katów, a nie robić sobie z tego fajerwerki. Myśliwi z zabijania mają radość, adrenalinę i coś w rodzaju poczucia wyższości. Zboczeńcy.

Jeden zboczeniec rzekł onegdaj w ramach takiego jakby wytłumaczenia, że on wcale nie chce zabijać, ale żeby polować, to trzeba zabijać.

Zboczeńcy. I idioci też.

poniedziałek, listopada 27, 2006

Prosta rzecz

Po dłuższej przerwie swoje wnuczki odwiedziła babcia Natalia.

Podekscytowana Hania sprzedaje jej różne newsy z ostatnich miesięcy.
- I wiesz, babciu. S. już nie kocha A. Tak się stało.

Pomijając sam udział Hani w wydarzeniach świata dorosłych, i pomijając to, czy czteroletnie dziecko wie, co mówi, gdy opowiada o uczuciach dorosłych, pomijając to wszystko to jest to jedna z najbardziej trafnych opinii na temat tego, co wydarzyło się między A. i S.

Tak się stało.

czwartek, listopada 23, 2006

Lepidoptera: Parnassius apollo

- Tato! To dla ciebie!
- Dziękuję! Ty to namalowałaś?
- Tak.
- Super! A co to jest?
- Motyl.
- Ach motyl!
- Tak...tylko się nie wyspał...i poszedł do doktora i doktor mu powiedział, że musi się bardziej wyspać.
- Aha...

poniedziałek, listopada 20, 2006

Co się wydarzyło dwa lata temu

Dwa lata temu taty nie było w domu. Przebywał około stu kilometrów na zachód od Wałbrzycha, gdzie brał udział w stypie po przegranych zawodach (wprost katastrofie), zwanych oficjalnie konkursem wiedzy zawodowej.

Stypa jak to stypa. Wódka, zakąski i smutne buzie gości. Tata jednak nie pił nic, zręcznie markując toasty i niby słuchając towarzyskiego gwaru. Nie był tego wieczora w humorze. Nic dziwnego. Jego załoga dostała baty największe w historii, przy stole zabrakło dla niego miejsca i musiał szukać sobie krzesła, zastawy i kieliszka. Nie dostał nawet pamiątkowej plakietki.

Stypa jak to stypa. Rozkręcała się. Powoli acz nieuchronnie humory podchmielonego towarzystwa się poprawiały. Dowcipy padały coraz grubsze a w szkle pojawiło się pierwsze dno. Tata postanowił więc nieco odsapnąć psychicznie od tej sytuacji. Co to bowiem za zabawa z pijanymi. Wyszedł z piwnicy, w której odbywała się stypa i poszedł na piętro, do swojego pokoju. Tym samym wszedł w zasięg sieci komórkowej.

Pik-pik. Nadszedł sms. Wiadomość na poczcie głosowej? W środku nocy? Cóż, posłuchajmy co to za pilne wieści.

- No fajnie! - zabrzmiał pełen pretensji głos małżonki – Ty się tam bawisz a u mnie się zaczęło!!

Było trzydzieści minut po północy, 20 listopada 2004 roku. Za oknem sypnęło pierwszym śniegiem i ściął mróz.

Tacie opadły ręce. Zadzwonił do domu, ale leżąca w bólach żona nie pomogła mu w niczym. Chwilę stał jak sparaliżowany po czym odtrąbił odwrót. Wyciągnął z imprezy trójkę pasażerów swojego samochodu i przedstawiając propozycję nie do odrzucenia, zalecił pośpieszne pakowanie. Dziękując intuicji za jej niechęć do alkoholu pochwycił torbę, pożegnał nieuprzejmą obsługę i wybiegł na parking, wprost w środek nagłej zimy.

Cała czwórka przez następnych piętnaście minut pazurami skrobała zamarznięte szyby, bo kierowca zapomniał skrobaczki. Potem pomknęli do Wałbrzycha. Pasażerowie nieco bali się, że kierowca zaśnie po drodze. Nie wiedzieli, jak napakowany adrenaliną jest kierowca. W takim stanie nie zasnąłby przez najbliższych siedem lat.

Dzielny Matiz przebił się przez zaspy przełęczy na izerskim rozdrożu, pokonał oblodzony zakręt śmierci, z niewinnym uśmiechem przemknął obok policjantów z jeleniogórskiej drogówki i jak bolid formuły 1 wpadł na rogatki Wałbrzycha. Trzeba było jeszcze rozwieźć pasażerów a potem już prosto do Edyty! Zdążę!

Trzydzieści minut po trzeciej, w trzy godziny od odebrania sms-a tata stawił się na porodówce.

Marysia przyszła na świat dwa lata temu. W środku nocy.
Dwie minuty po trzeciej.

niedziela, listopada 19, 2006

Stygmat Matuzalema

Zaczęła Edyta.
- Haniu, a ile ty masz lat?
- Cztery - Hania, podobnie jak większość dzieci, dobrze zna odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania dorosłych.
- A Marysia?
Hania robi minkę, jakby usiłowała zgadnąć albo sobie przypomnieć. Rezygnuje jednak.
- Ile mamo?
- Dwa. Marysia ma dwa latka.
No i tu się zaczyna - Hania przechodzi do ofensywy.
- A ty mamo? Ile masz lat?
- Oooo! Haniu. 35!
- A tata?
- 36.
- A ciocia Ania?
- 26.
- A dziadek?
- Dziadek ma 60 lat.
Chyba nie brzmi to zbyt poważnie ani zbyt nobliwie, bo Hania robi niedowierzającą minkę po czym stwierdza:
- Chyba nie mamo. Dziadek ma 100 lat!

Dziadka pozdrawiamy.

wtorek, listopada 14, 2006

Kwestia przyzwyczajenia

- Haniu, jakie mamy dzisiaj święto?
- ...
- Noo, Haniu.
- ...
- Przecież wiesz...
- ...
- Święto...
- ...
- ...Niepodległości. Święto Niepodległości. Powiedz.
- ...
- Powiedz jakie dzisiaj mamy święto.
- ...
- Czemu nie chcesz powiedzieć?
- Mamo, bo się wstydzę.
- Dlaczego?! Czego ty się wstydzisz?
- Bo mamo, do nowych słów trzeba się najpierw przyzwyczaić.

sobota, listopada 11, 2006

Il faut mourir en brave!

Umrzeć trzeba odważnie. Te słowa księcia Poniatowskiego, wypowiedziane niedługo przed śmiercią w zimnej Elsterze, oddają nastrój naszego święta 11 listopada.

Poniatowski, bawidamek zwany czule Pepim, który w ramach zakładu przejechał nago Warszawę, podczas gdy obok obradował sejm konstytucyjny. Ten "prince charmant", lew wyłącznie salonowy, odkrywa w sobie nagle patriotę - porzuca wygodne życie, staje na czele wojsk, walczy o Księstwo Warszawskie, w pierwszym szeregu prowadząc swoich ludzi. U boku Napoleona, świadomy klęski, do końca broni przegranej sprawy. Ileż trzeba chartu ducha, ile wiary i zatracenia, by po jednej, dwóch, czterech ranach, wycofując się przed napierającym wrogiem, odrzucić ofertę poddania, odrzucić ofertę korony księstwa i półprzytomnie skoczyć do rzeki. Umrzeć trzeba odważnie gdy tylko honor pozostał do stracenia.

90% Polaków uważa się za patriotów. I niech dziennikarz nie wątpi w to z krzywym uśmieszkiem, licząc rzadkie flagi na balkonach. Owszem, na codzień jesteśmy raczej jak ten Pepi. Ale gdy wróg u bram...według innej legendy, błagany przez adiutantów o oddanie się w niewolę i ratowanie życia, Poniatowski mówi: "Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go tylko oddam". Na takich tradycjach wyrośliśmy i tacy już jesteśmy. Po cóż by Polacy istnieli na świecie, jak nie po to, by ich wysyłać na pewną śmierć.

I dlatego dziś, 11 listopada, świętujmy to, że od 60 lat nie musimy już udowadniać, żeśmy Polacy. Krew z krwi takich, jak Książę Józef.

piątek, listopada 10, 2006

1001 ofert

Dziecko umiarkowanie rozgarniętych informatycznie rodziców, w wieku czterech lat radzi sobie z komputerem już całkiem nieźle.

Włącza, wyłącza, gra w gierki, umie nawigować w przeglądarce a na stronach dedykowanych dzieciom porusza się swobodnie, intuicyjnie wybierając właściwe komendy. Ma własną, malutką myszkę i wie, że podłączony internet to takie dwa telewizorki na dole po prawej i że często te telewizorki telekomunikacja nam psuje.

Wracając z pracy słyszę już z daleka:
- Mamo, kupisz mi to?! A to mi kupisz? Chcę to!!
Czyżby blok reklam przedświątecznych? A może znów jakaś gazetka z marketu?

Gdzie tam. To tylko Hania odkryła Allegro. Dział dla dzieci. Grupa zabawki. Podgrupa lalki i akcesoria. 3873 oferty sprzedaży. Ogląda aukcje, powiększa sobie zdjęcia przedmiotów i podekscytowana tym rogiem obfitości co rusz atakuje mamę o zakup kolejnego cuda.

Chyba wprowadzimy jakąś kontrolę rodzicielską internetu. Bo zaczyna być niebezpiecznie.

wtorek, listopada 07, 2006

Isia też

- Mamo pić!
- Isia też.
- Haniu, kolacja!
- Isia też!
- Haniu, ubierz skarpetki.
- Isia też.
- Poczytać ci bajkę?
- Isi też.
- Niegrzeczna jesteś!
- Isia też!

Isia poradzi sobie w życiu. Nauczyła się tego przy starszej siostrze - zazdrośnicy, która wszystko jej zabiera prawem kaduka, czyli przemocą.

Kiedy dajemy dziewczynkom pić, Isia najpierw patrzy, czy aby nie dostała mniej, niż Aja. Kiedy Hania dostaje kokardkę na włosy jest awantura, jeśli drugiej takiej samej nie dostanie Isia. Sprawiedliwość musi być!

I żeby nie było, że Isia nam tu wyrasta na jakiegoś egoistę. Wszystko co dostaje, i jest tego akurat więcej niż jedna sztuka, dzieli się tym z Ają. Do tego nie wolno ruszać rzeczy Aji. Bo sprawiedliwość musi być i porządek. Takie nasze rodzinne PiS.

Pozdrawiam Was przedwyborczo.
I Isia też.

poniedziałek, października 30, 2006

Kombinuje jak bóbr

Proces rozwoju dziecka jast dla nas, rodziców-laików, czymś zupełnie niepojętym. Dziecięca umiejętność nauki poprzez samą obserwację przerasta wyobraźnię dorosłych. Szczególnie zaś językowe manifestacje tego procesu zwalają z nóg.

Edyty nie było cztery dni i po powrocie zdębiała. Nie poznała Marysi. Ilość nowych słówek przyswojonych w tym czasie była dla niej szokująca. Poczynając od uroczego "błiszczik" a na rodzinnej mantrze "Buka, Buka, berbelucha" kończąc, nawet jeśli w wykonaniu Marysi brzmi to bardziej jak "Buka, Buka, bebebuba".

Hania wybrała się raz z tatą do sąsiada za miedzę, do którego wichura wywiała nasz namiot. Poszli, wrócili a Hania podsumowała krótko całą wyprawę: "Ja z tobą tato współpracowałam". Jakbym miał gdzie, to bym sobie usiadł. Kto ją tego słowa nauczył!? I umiejętności jego właściwego użycia? Dobrze, może usłyszała u rodziców i przyswoiła. Można to zrozumieć. Ale pewnych zwrotów się po prostu nie używa. Przykładowo: "Płacze jak łysy koń pod górę". OK. Pomyliła się trochę. Ale znaczy to również, że słyszała oba powiedzonka - i to o koniu i to o bobrze - a do tego zdaje sobie sprawę, że umęczony koń może nie tylko kombinować, ale i popaść w rozpacz. I skąd taka wiedza?

A już nie daj Boże użyć przy dziecku łaciny. Zapada w pamięć na amen. A potem trzeba oszukiwać, że mama powiedziała kurka mać. Kurka mać.

piątek, października 27, 2006

Organizacyjna kultura

W stosunkowo niedługim przedziale czasu dwóch naszych znajomych starciło posadę. Obaj kierowali samodzielnymi jednostkami polskich firm, obaj osiągali świetne wyniki, obaj żyli swoją pracą, tyrając za trzech.

Pierwszy z nich musiał zwolnić miejsce dla człowieka bez kwalifikacji za to z szerokimi jak wrota do stodoły plecami. Drugi przyjął do pracy człowieczka, który popsuł mu opinię donosami.

W Toyocie przyjęto do pracy dziewczynę jakich tysiące na rynku pracy. Dziewczę to, w obawie przed odmową zatrudnienia, ukryło przy angażu swoją chorobę - padaczkę. Wszystko się oczywiście szybko wydało, gdy na hali produkcyjnej dostała ataku. Co zrobiła Toyota? Stworzono specjalne stanowisko pracy tak, aby mogła bezpiecznie wykonywać obowiązki.

Wszystko jest kwestią kultury organizacji. Do podobnych standardów zgniły kapitalizm dochodził przez kilka pokoleń. Dla naszej kadry zarządzającej to wciąż za wysokie progi. A tutaj nie będzie niestety drogi na skróty. Co boleśnie odczuwają teraz nasi ziomkowie.

środa, października 25, 2006

Ileż wdzięku ma ten stan

Edyta wyjechała. Jarek i dzieci zostali sami na świecie, po raz pierwszy w historii tego domu.

Sytuacja jest więc następująca:

Najbardziej stresuje się Edyta - wydzwania co 15 minut czy aby wszystko w porządku. Przeżywa bowiem katusze i cierpienia związane z wyrzutami sumienia. Po nocach śnią się jej koszmary z obrazami głodujących dzieci, zapuszczonego mieszkania i ogólnej katastrofy.

Stresuje się Niania - ma więcej pracy i pewno boi się, że dzieci będą jej płakać za mamą. Poza tym musi kontaktować się z tym gburowatym ojcem rodziny, którego normalnie nie ogląda, bo ten jest w pracy kiedy ona zaczyna i kończy dyżur.

Troszeczkę stresują się dzieci - bardziej Marysia, bo to jednak maluch jeszcze i czasami przypomina sobie o mamie, szczególnie przed spaniem. Hania za to twarda jest i wszystko rozumie. Poza tym mama nakładła jej do głowy, że nie może tęsknić, bo musi teraz pomagać tacie, bo tata to zapominalski jest i w ogóle taki życiowo niezaradny. No i teraz przejęte rolą dziecko nawet komendę do spania samo sobie wydaje, bo tata na pewno nie wie, że to już pora spania.

A rzeczony tata?
Cóż...pozwólcie, że zacytuję za niezapomnianym Ludwikiem Sempolińskim:
"Słomiany wdowiec, słomiany wdowiec, ileż wdzięku ma ten stan..."

piątek, października 20, 2006

Kampania ziemniaczana

Domowe przedszkole przygotowało program tematyczny. Wszystko o ziemniaku.

Po powrocie rodziców do domu wszędzie było tego pełno - na patelni smażyły się ziemniaczane placki, po stołach i podłodze walały się stempelki z ziemniaków, na półce stał Gapcio, ludek z ziemniaka. Nawet w słoiku zanużony ziemniak na patyku czekał na wypuszczenie pędów.

Jak relacjonuje Niania, dzieci nawet nie miały czasu na zabawę zabawkami. Nawet na chwilę nie stanęły w swoim pokoju, tak były zaaferowane ziemniaczanymi pląsami.

Trzeba wysłać jakiegoś meila do redakcji czy coś. Ziemniaków mamy w piwnicy 50 kilo, to jakoś przeżyjemy tę epidemię. Ale nie daj Panie Boże przyjdzie im w tej telewizji do głowy zrobić coś, dajmy na to, o suszonych śliwkach. Pójdziemy z torbami jak nic.

środa, października 18, 2006

40 minut do kawy

Zapisy sekifowe na wszystkich trzech poziomach szczegółowości odbywają się przy zachowaniu zgodności między poziomami - zapisy na poziomie pierwszym i drugim bilansują się z rozliczeniem trzeciego poziomu. Rozliczenia odbywają się w ramach przydzielonych priorytetów a w obrębie tego samego priorytetu dzielone są proporcjonalnie. Rozliczenia zobowiązań na trzecim poziomie szczegółowości nie są obecnie prowadzone...

Siedząc na nudnym wykładzie uciekam myślami ku swoim dzieciakom. Wyobrażam sobie, co mogą teraz robić. Hania biega pewnie po mieszkaniu w swojej księżniczkowej sukience z bistoru i wymyśla rzeczy, których nikt nigdy jeszcze nie wymyślił. Marysia? Siedzi pewnie w kąciku tuląc misia i pilnie obserwuje starszą siostrę, żeby móc ją potem naśladować.

I pomyśleć, że w kwadrans po powrocie do domu po raz pierwszy przemknie mi przez głowę myśl: "A może by tak dzisiaj położyć dzieci spać godzinę wcześniej".

Do kawy jeszcze 35 minut.

środa, października 11, 2006

A.W.

Pomyśleć, że w dzisiejszych czasach są jeszcze ludzie, którzy kierują swoim życiem za pomocą wróżb. Wróżby. Takie wiecie: czarny kot - nie jadę, koniunkcja Jowisza z Uranem - nie inwestuję na giełdzie, piorun uderzył w drzewo - nie idę na wybory. Można na to patrzeć ze z przymrużeniem oka. W końcu nic groźnego. Jednak trudno to zaakceptować, gdy człowiek-wróżbita kieruje też i Twoim życiem.

Trzy sarny na drodze znaczy, już mi na Tobie nie zależy.

W ciężkich dniach możesz na nas liczyć. Niezależnie od znaków na ziemi i na niebie.

środa, października 04, 2006

Trzecia sroka

Z Marysią do niedawna było jak w bajce - grzeczna, słodka, zabawna. Pozwalała się przytulać i bawiła się lalkami. Obecnie nadal bawi się lalkami, ale o pozostałe elementy coraz trudniej. Coraz częściej objawia światu bowiem siłę swego charakteru. I zapowiada się, że będzie to niedługo prawdziwa skała, nie człowiek.

Twardość Marysi objawa się często w postaci odmowy konsumpcji. Można przekonywać, tłumaczyć, nalegać. Wszystko na nic, co najwyżej kończy się płaczem. Jedynym sposobem, któy jeszcze jako tako działa, jest odwrócenie uwagi.

W tej trudnej sztuce specjalizuje się, jakże by inaczej, Edyta. A łatwo nie jest. Robić trzeba dwie rzeczy na raz - to jest odwracać uwagę (skutecznie) i w tej samej chwili ładować kromkę chleba, ogórka czy co tam ma się pod ręką, do ust rozdziwionych z zaskoczenia. Ciężka praca.


Ostatnio jednak Shifu Edyta przeszła samą siebie w mistrzostwie. Już nie tylko odwracała uwagę, nie tylko nakarmiła. Ona jeszcze przy tym wszystkim nauczała. Sami zobaczcie.

środa, września 20, 2006

Sposób czyli słowo się rzekło

Mkniemy do kościoła całą rodzinką, kombinując przy tym jaki chwyt socjotechniczny zastosować tym razem, żeby znów nie musieć wyprowadzać Hani przed końcem mszy za niegrzeczność. A uwierzcie, że wiele sposobów już wypróbowaliśmy - z mizernym skutkiem.

Hania z tyłu beztrosko bawi się komórką Jarka, zapuszczając nam różne melodyjki. Zabawa pochłania ją do tego stopnia, że nie widzi co się wokół dzieje i zaskoczona, że już dojechaliśmy, nie bardzo chce się rozstać z nową zabawką. Pomysł nasówa się sam.
- Jak będziesz grzeczna, to po kościele dostaniesz komórkę z powrotem.

I to, jak się okazuje, jest strzał w dziesiątkę. Przez całą mszę Hania jest idealnym dzieckiem - uspokaja Marysię, która tym razem o dziwo zdrowo dokazuje, klęka i wstaje razem z nami, śpiewa nawet. Jesteśmy w szoku! Powinszować rodzicom skuteczności...

Dziesięć sekund po wyjściu z kościoła Hania pyta:
- Mamo, grzeczna byłam?
- Tak, córeczko. Bardzo nam...
- No to teraz komóreczkę!!

niedziela, września 17, 2006

Księżniczka na tronie - ballady cz. II

Zwrócono mi uwagę, że poprzednia opowieść kończy się w środku wydarzeń. Był jeszcze ciąg dalszy, dla Edyty nawet ważniejszy od tego, co dotąd opisano.

Otóż po zakończeniu wiadomych czynności, Hania przystąpiła do demontażu tronu. Jak zwykle jednak chęci wyprzedziły możliwości i parę kropli wychlapało się na świeżo uprany ręcznik.
- Hanka! To jest świeżo wyprany ręcznik!! - wrzasnęła mama.
- To co, mamusiu?
- Jak to co?! Będę musiała go teraz jeszcze raz prać!
- Co z tego, mamusiu?
- Jak to co?! Wiesz ile jest z tym roboty?!
- Ciach i już.
- Ciach i już? Ty myślisz, że to takie proste?!
- Aha. - Hania z całym przekonaniem i niewinnością kiwnęła głową. Mamie zaś opadły ręce.

Bo w życiu trzeba się umieć ustawić. Ciach i już.

piątek, września 15, 2006

Rocznica

Dzisiaj mija rok od założenia tego bloga. Pora się podsumować.

Kiedy we wrześniu 2005r. rejestrowałem się na Googlach jako blogujący, wydawało mi się, że mamgotowy pomysł, taki przemyślany i dokończony. Jednak blog mój miał inne zdanie. Szybko zaczął żyć własnym życiem, potem prawie umarł, potem zaś wszedł w wiek dojrzały i od tamtej pory wygląda i brzmi tak jak dziś - krótkie notki, zawsze opatrzone zdjęciem. Czasami śmieszne, czasami nie.

Oceniacze się podzielili - jedni uznali, że to ekshibicjonizm drudzy, że fajna rzecz. Ja nie mam tak komfortowej sytuacji. Autorowi trudno obiektywnie ocenić, czy to co robi nie jest po prostu kiepskie. W końcu najpierw to miało być tylko miejsce dla zdjęć - posty miały być pisane pod zdjęcia. Potem jednak część "literacka" wzięła górę. Miało być pisanie dla dzieciaków, żeby za lat trzydzieści mogły lepiej poznać nas i siebie z tego okresu. A jednocześnie wstawiłem narzędzie zapisujące skąd, kto i ile razy mi tu zaglądał.

Statystycznie nie jest rewelacyjnie - 42 notki. To niewiele patrząc na to, co się wyprawia na popularnych blogach. Ale patrząc obiektywnie - 42 razy siadłem do komputera i zapisałem jakieś głębsze czy płytsze myśli, weselsze czy smutniejsze spostrzeżenia.

Do sukcesów zaliczam niepozwolenie sobie na ucieczkę w historie o dzieciach. To by była zbytnia łatwizna, tyle sytuacji aranżują. Tylko opisywać. Cele na najbliższy rok? Utrzymać charakter i nie stracić wiary, że ten blog w ogóle ma jakiś charakter. I nie odpuszczać sobie ;-)

środa, września 13, 2006

Księżniczka na tronie - ballada

Bardzo zaaferowana Hania wbiega do pokoju, rozściela na dywanie swoją kołderkę. Ma z tym drobne problemy, więc zaintrygowany tata pomaga wyrównać jej brzegi. Zaaferowana mama próbuje zadać pytanie, ale Hani już nie ma.

Po chwili przybiega ze świeżo upranym ręcznikiem w ulubionym, różowym kolorze. Ręcznik wyszarpnęła z kupy świeżego prania, czekającego na sortowanie i prasowanie. Kupa się wywaliła, ale Hani już tam nie ma. Hania rozściela ręcznik na dywanie i na wcześniej rozścielonej kołderce.

Nasza ciekawość sięga zenitu, gdy bez słowa znika, jak się domyślamy w poszukiwaniu następnego elementu układanki. Co to też będzie? Husteczka? Poduszka? Ziarnko grochu?

Po chwili Hania wraca...z nocnikiem. Nocnik ten stawia na samym środeczku przygotowanego podłoża, po czym na tak skonstruowanym tronie siada. I robi siku.

Jak to z prozaicznej, fizjologicznej czynności można uczynić święto. Uczcie się dorośli. Uczcie się.

poniedziałek, września 11, 2006

Pamiętny dzień 11 września

Nasz ulubiony rodzinny blogowicz, bloger czy może blagier, Wawrzyniec Prusky, jest osobą popularną. Miliony odsłon, fan kluby, nagrody a teraz jeszcze programy telewizyjne. Chyba można powiedzieć, że świat Wawrzyńca, jego MŻonki, Dziedzica i Potomki wciągnął nas, podobnie jak wielu innych. Może to przez jego podobieństwo do naszego a może dzięki urokowi osobistemu WP, płynącemu z tekstów. To zresztą nieistotne.

Regularna lektura jego historii pozwoliła nam dobrze poznać, kto zacz. Opowieści swe snuje radośnie, śmiało i kunsztownie, doprawiając kolorów szarej rzeczywistości. Stara się przy tym zachować to minimum prywatności - co przy popularności którą zdobył nie jest oczywiście takie proste. O WP w realu wiedzieliśmy więc wszystko, co ważne: gdzie mieszka, jakie są prawdziwe imiona jego domowników. Wiedzieliśmy jak wygląda i jaki ma głos. Tak się nam przynajmniej zdawało do momentu obejrzenia go w talk show pani Drzyzgi.

Na show ten czekaliśmy niecierpliwie od czasu, kiedy na blogu podał do wiadomości newsa o programie. Tak więc siedzimy dzisiaj, przegoniwszy dzieciaki od telewizora, i czekamy. Najpierw smutne panie, potem skype-most z USA, potem psycholog potem Drzyzga zaprasza Pawła. A tu wchodzi Wawrzyniec.

O rzesz ty orzeszku! Tak nas oszukać! No co jak co, ale to że Wawrzyniec to Wawrzyniec było dla nas pewnikiem. Ostoją wśród Wawrzyńcowych fantazji. A teraz cały świat jego bloga nam się zawalił - jak teraz uwierzyć w cokolwiek, co napisze?! To już będzie zupełnie inny blog...może się jeszcze okaże, że Prusky to też nie jest prawdziwe nazwisko? Jakże inaczej brzmi teraz jego motto: "TO JEST BLOG O LOSACH WAWRZYŃCA, PISANY PRZEZ WAWRZYŃCA. WAWRZYNIEC PISZE O SOBIE W TRZECIEJ OSOBIE, BO TAK MU SIĘ ZACZĘŁO I JUŻ ZOSTAŁO". Parafrazując słowa naszego przyjaciela, który po nocy spędzonej w jednym namiocie z kumplem, znanym dotąd tylko z ksywki, zakrzyknął: "Paweł!? Ty jesteś Paweł!? Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś!!!".

Co jest w tym 11 września, że wszelkie psychole świata tego wybierają ten dzień? 11 września żeśmy się z małżonką pohajtali. 11 września Osama wysłał swoich bandziorów na rzeź i teraz 11 września Paweł ujawnił straszliwą prawdę o sobie.

Strach pomyśleć, co jeszcze w przyszłości czeka nas tego dnia.

piątek, września 08, 2006

Moja krew!

Jedziemy samochodem. Ulica jest wąska, kręta i dziurawa. A przed nami traktor. Tak więc właściwie nie jedziemy a wleczemy się okropnie.

Tata bębni nerwowo palcami po kierownicy. Za nami sznureczek samochodów w których też bębnią. Co bardziej nerwowi wyskakują co rusz na lewą stronę, żeby nie wiem, postraszyć? Bo zobaczyć i tak nic na tych zakrętach nie zobaczą.

Na to odzywa się Hania:
- Tato. Ten traktor chyba sobie myśli, że jest lepszy od nas!

Zuch córeczka!! Moja krew! No moja krew!

środa, września 06, 2006

Aksjomat o realizacji marzeń

Kto z Was spełnił już swoje marzenie? Nawet takie proste: o wejściu na Rysy, o wakacjach w egzotycznym miejscu, o przeczytaniu dawno odłożonej lektury? Jakie są Wasze plany w tym temacie?

Nasz sąsiad miał marzenie. Marzenie z kategorii tych małych, aczkolwiek niewygodnych i dlatego wiecznie odkładanych. Sąsiad chciał mieć konia.

Pewnego razu, idąc na wiosenny spacer, albo też ze spaceru wracając, na polanie spostrzegliśmy konia. Pasł sie beztrosko, jak to koń, pomachując radośnie ogonem. Był to koń sąsiada.

Ulica była poruszona. "Patrz pan, zawsze chciał mieć konia. I ma!" - mówili jedni. "Sfiksował stary, po co mu koń!?" myśleli inni. Trochę było w tym ironii ale to chyba z zazdrości. Że miał odwagę.

Zaniedługo do konia dołączył drugi. Regularnie pojawiał się rolnik z sianem na traktorze. Wieczorem niosło się po dzielnicy radosne rżenie. Minęło lato a po ulicy poszła fama, że jeden konik jest źrebny. Czyli że będą konie trzy. A potem sąsiad zmarł.

Nie odkładajcie swoich marzeń na potem, bo możecie ich już nigdy nie zrealizować. Szczególnie tych najprostszych.

poniedziałek, września 04, 2006

Pełno tu cudów

Drobny zabieg wycięcia skóry na głowie stał się dla nas pretekstem do rozmyślań. A to nad marnością ludzkiego żywota, a to nad charakterem rodzinnych relacji, a to nad kondycją prywatnej służby zdrowia. Konkluzje tych rozmyślań nie wniosły wiele do myśli filozoficznej świata, ale pozwoliły oderwać się od pociętej skalpelem rzeczywistości. Dzieci tak dobrze nie mają, żeby sobie w taiej sytuacji pofilozofować.

Hania, wśród wielu zalet, ma tę wadę, że kiepsko rysuje. Jakoś tej zdolności to tak bardziej nabyła po tatusiu - rysunki jej jeden w drugiego bochomazy. Czysta abstrakcja.

Drobny zabieg cięcia skóry stał się kataliztorem naszego małego, rodzinnego cudu. Gdy po naszym powrocie od chirurga Hania spojrzała na wielki, biały opatrunek, zakrywający pół głowy mamy, zamiast filozofować, tak jak stała tak pobiegła do pokoju. Tam siadła do tablicy i wymalowała kredą, bez żadnej pomocy a tylko z potrzeby ducha, piękny rysunek kobiety z ała na głowie.

Normalnie szczeny nam opdały. Nie zdążyliśmy się dobrze rozebrać, gdy ze smutną miną pokazała nam swoje dzieło. Cud, normalnie cud.

wtorek, sierpnia 29, 2006

Stopień najnajwyższy

Rozmowy z Hanią zaczynają być coraz ciekawsze i bardziej dynamiczne. Mając skończone cztery lata słownictwo ma bowiem bogatsze od jakichś 70% dorosłych przedstawicieli naszego, wychowywanego w trzeźwości, narodu. I słownictwa tego potrafi używać w sposób nader twórczy. Chyba nawet sam profesor Miodek byłby ukontentowany, słysząc niektóre wypowiedzi.
- Tato, ten lód jest twardy jak skała. Jak lodowata góra!
- Jak Arctos*.
- Tato! Jak pałac Arctosa!

* Arctos - taki bałwan-zbój z ulubionej bajki.

czwartek, sierpnia 24, 2006

Syndrom babci

- Mamo! Kiedy ty w końcu wrócisz do pracy? - pyta Hania pod koniec wakacji.

Mama, pracownik oświaty, wakacje ma długie, dwumiesięczne. I nie żeby dziecku matka rodzona obrzydła, ale mama to nie to samo co niania. Chyba każdy to rozumie.

Bo z nianią to mamy taki syndrom babci - niania jest do wyłącznej dyspozycji dzieci, na wiele im pozwala, broń boże nie doprowadza do płaczu. A mama!? Krzyczy, wychowuje, zabrania i ciągle zajęta jakimś praniem, sprzątaniem, gotowaniem. Niania jest niezastąpiona!

Wrzesień za pasem. Przyjdzie znów przywyknąć do codziennych, rodzierających serce scen pożegnań niani z dziećmi po naszym powrocie z pracy. Wrócą płacze, szlochy, zapieranie się w drzwiach, rozpaczliwe chwytanie za ręce i nogi. Wrócą poranne teksty typu: "No idź już mamo, idź".

Dlatego drodzy rodzice pamiętajcie. Dobra niania to skarb. Ale z za dobrą też jest kłopot.

czwartek, sierpnia 17, 2006

Alfabet

Hania ma kuzynkę. Taką starszą. O rok z kawałkiem. Kuzynka ta wyprzedza ją w wielu osiągnięciach, czego Hania nie potrafi łatwo przełknąć.

Przy zabawie w malowanie dochodzi na tym tle do następującej wymiany poglądów:

- Co rysujesz? - pyta kuzyneczka.
- Mamę.
- Mama jest na literę M. - oświadcza z wyższością
- Ja rysuję na literę B!
Kuzynka spogląda na nas porozumiewawczo
- Ale mama jest na literę M.
- Ale ja rysuję na literę B.
- Ale mama jest na M.
- Ja rysuję po swojemu!
W tym czasie Marysia, która jest ponad takie spory, korzystając z odwróconej uwagi towarzystwa, wymalowuje śliczne esy floresy...cioci na tapecie.
Nie wiadomo na jaką literę.

sobota, sierpnia 12, 2006

Telemarketing

Dzwoni telefon.
Jest to sygnał dla całej rodzinki.
Biegnie mama - żeby podjąć słuchawkę z wysokiej półki, do której nie może dosięgnąć Hania.
Biegnie Hania - bo to ona odbiera w tym domu rozmowy.
Nawet Marysia biegnie - powtarzając swoje "Alu! Alu!", bo wie już, że na dźwięk dzwonka trzeba biec tak jak cała reszta.

Mama bez słowa przekazuje słuchawkę Hani.
- Tak, słucham!
Z telefonu dochodzi damski głos. Nie można zrozumieć słów, ale po minie Hani widać, że rozmowa nie toczy się w standardowy sposób. Oczy dziecka robią się większe i większe. W końcu oddaje słuchawkę.
- Mamo...
Mama przejmuje inicjatywę.
- Halo!?
- Dzień dobry. Nazywam się taka to a taka i reprezentuję taką to a taką firmę. Mam przyjemność zaprosić państwa na spotkanie i prezentację pościeli produkowanej przez naszą firmę...
- A nie, dziękuję - to standardowe zakończenie tego typu konwersacji. Hania jednak, widząc, co się święci, stara się jeszcze interweniować:
- Mamo! Ale ja chcę tą pościel!!

O potęgo reklamy!

wtorek, sierpnia 08, 2006

Co głuchy słyszy?

Tata wrócił do pracy. Pierwszego dnia, po powrocie, siada rodzina do obiadu. Rodzice omawiają pierwszy, parszywy dzień pańszczyzny. Dzieci nie bardzo słuchają, zajęte swoimi sprawami - rozlewaniem zupy, dziobaniem ziemniaków itp.
- I ja ci tam, mężu? Tęskno było bez nas?
Na te słowa Hania przerywa zajęcia i uważnie przygląda się tacie. Potem spogląda na mamę. Potem znów na tatę.
- Mamo! Z nosem! Nie bez nosa. Tato ma nosa!
Czego głuchy nie usłyszy...

piątek, sierpnia 04, 2006

Letnie przyspieszenie

Jako że urlop Jarka dobiega smutnego końca, czas najwyższy na krótkie podsumowanie.

W ciągu trzech tygodni intensywnych zajęć z obojgiem rodziców, Marysia posiadła następujące umiejętności:
  • nie śpi już w dzień,
  • naśladuje Hanię we wszystkim,
  • siku robi do nocnika (prawie zawsze...),
  • mówi na Hanię "Aja" zamiast dotychczasowego chrząknięcia,
  • nie cycka mamy cycka,
  • schodzi po schodach z piętra (czego, notabene, ojciec jej przez lat siedem nauczyć się próbuje bez większych efektów), i nie ma, żeby ktoś jej pomagał, bo wtedy awantura jest.
Czy to tylko taki zbieg okoliczności? No chyba nie. U Hani bowiem również osobowość bujnie rozkwita - może niekoniecznie w kierunku upatrzonym przez rodziców - ale zawsze to coś. Widać, że obserwuje, słucha i chłonie. Czasami nie wiadomo kogo. Tekstów typu: "wsadź sobie kupę do głowy, mamo" z pewnością bowiem nie nauczyła się od rodziców.

Najciekawiej robi się jednak, gdy obie dziewczyny, a zdarza się to coraz częściej, zaczynają działać wspólnie. Zabawy, wygłupy, sajgon w pokoju. Oczywiście tak, ale nie tylko. To już czasami robi się koalicja! Gdy po jakimś szczególnie uroczym tekście lub działaniu Hania udaje się w miejce odosobnienia, płącząc i zaklinając się, że to się więcej nie powtórzy, Maria płacze w jej obronie. Gdy na placu zabaw czy w kościele jakieś dziecko za bardzo się z Marysią zaprzyjaźnia, Hania wkracza do akcji.

Na tym tle przedstawię krótką scenkę:
Mama próbuje uspać obie dziewczyny (jak wspomniałem, Marysia nie śpi już w dzień, więc wieczorem zasypia razem z Hanią, po dobranocce). Marycia, gwiazda wieczorna, od 60 minut skutecznie torpeduje wszelkie sposoby mamy na zasypianie, i podnadto rozśmiesza Hanię, nie pozwalając również jej zasnąć. Otrzymuje więc takiego symbolicznego klapsa "na wyjście z transu". Na to wkracza półśpiąca Hania:
- Mamo! Po pierwsze nie bij jej!
Chwila przerwy.
- Po pierwsze, nie krzycz na nią!
Kolejna teatralna pauza.
- I mamo! Po pierwsze...
I tu się obrońcy kończy elokwencja. 10 minut później śpią obie. Siostrzyczki.

sobota, lipca 22, 2006

Thriller

No więc to było tak:
Tata zajęty był jakąś ważną czynnością przy komputerze - najpewniej wymyślaniem tematu nowego posta na blogu. Mama zajęta była czym niezwykle pilnym w kuchni - z pewnością robiła coś, by nie dopuścić do głodowej śmierci taty i całej rodziny. Marysia zajęta była spaniem. Hania się nudziła. Poprosiła więc tatę:
- Tato! Daj mi nożyczki do wycinania.
- Proszę córeczko - rzekł zajęty tata.

Potem długo w spokoju mogliśmy zajmować się swoimi ważnymi sprawami. Zajmowaliśmy się, zajmowaliśmy i zajmowaliśmy. To zajmowanie przerwał naprawdę straszny krzyk Edyty:
- Aaaaaaaaaa!!!
Było w tym krzyku coś takiego...niósł taką treść, że tata w mgnieniu oka, intuicyjnie pojął, co się stało.

Wybiegł z pomieszczenia zwanego przez nas pokoikiem i zobaczył Hanię bez warkocza.

Zrobiło mu się słabo. Naprawdę słabo, jak na filmie - wata w nogach, serce stoi i ręce opadają. Hania tymczaem podziwia się w lustrze:
- Ładnie wyglądam - ni to pyta ni stwierdza.
Jeden ruch głową i schowany za karkiem warkocz wraca na swoje miejsce. Uffff. Dziecko wyharatało tylko sobie grzywkę. Co za ulga! Choć nie dla mamy, której łzy stają w oczach i zamyka się w łazience. Tata, w szoku, ale i ogarnięty nagłą ulgą, szczerzy zęby:
- Haniu! Co ci przyszło do głowy?
- Bo nie chciałam, żeby mi wchodziły do oczu - Hania mówi to tonem słodziutkim i bez większego zastanowienia. Znać, że odpowiedź przygotowała sobie już wcześniej.

EPILOG
Wieczorem, przy rozczesywaniu warkoczy wychodzi na jaw, że ten warkocz nie został obcięty nie dlatego, że mała nie próbowała. Zabrakło jej tylko krzepy. Dowodem zaś jest garść złotych kłaków w dłoni załamanej mamy.

niedziela, lipca 16, 2006

Całus na dobranoc

Pół roku temu tata przeżył małe załamanie. Usłyszał wówczas, po raz pierwszy w życiu, straszliwą klątwę: "Już nigdy się do taty nie odezwę, za to, że mi rozkazuje!!". Zdaniem tym zakończył się jeden z tysięcy małych sporów, jakie rodzice toczą w ciągu dnia ze swym dzieckiem. Starcia te potocznie zwane są wychowywaniem.

Trudnej sztuki wychowywania nikt nikogo nie uczy tak jak języków, chemii czy wuefu. Ludzkość zdaje się w tym względzie na swe zanikające instynkta (trzeba jednak przyznać rację, że jakoś się to od wielu wieków udaje). Nikt również nie uprzedza osób starających się o dzieci, że już niedługo będą płakać, gryźć palce i walić głową w mur. Ilość silnej woli zużywanej do opierania się nieustannym atakom rosnącego charakteru wystarczyłaby na rzucenie palenia tak gdzieś z 15 razy.

I po co to wszystko? Żeby usłyszeć "nie odezwę się do ciebie więcej!"? No tak. Ale wczoraj idąc spać, córeczka przybiegła i dała tacie buziaka. I mocno uścisnęła.

piątek, czerwca 30, 2006

Już za cztery lata...

Mundial w roku 2006 to prawdziwa katastrofa. I nie chodzi tylko o kiepski występ naszych, chociaż o to też, ale także o to, jak się życie pozmieniało.

A miało być tak pięknie. Cztery lata temu było przynajmniej śmiesznie - Górniakowa ośmieszyła tradycję śpiewania hymnu narodowego, nasi po pyszałkowatych zapowiedziach ośmieszyli sami siebie, żona ośmieszyła mnie lepiej przewidując wyniki meczy. Same mecze grane były w zupełnie śmiesznych godzinach i wynik znałem zanim można było mecz obejrzeć. No gorzej być już nie mogło. Tak się przynajmniej wydawało.

I tu proszę. Nadszedł rok 2006. Mundial u sąsiadów, jak się dobrze nastawić, słychać wrzaski kibiców na stadionie, mecze w porze najlepszej oglądalności. Nasi obiecują oddać serce lub ducha na murawie. Bajka. Ale miłe złego początki. Bowiem jak się okazuje wszystko to już inny świat. Nasi serca i ducha zostawili w szatni. Dzieci albo chcą oglądać bajki albo się bawić. Edyta, dobra żona, zajmuje się więc dziećmi, przez co mecze oglądam w samotności. Co to za przyjemność siedzieć sam jak kołek przed ekranem, nawet jeśli piwo dobre? Żadna przyjemność.

A do tego żona, nawet nie oglądając meczy, typuje wyniki lepiej ode mnie. Po prostu żyć się odechciewa!

środa, maja 31, 2006

100 pytań do...

- Haniu, jakie zwierzę wspina się po drzewie?
- To mogą być różne zwierzęta mamo. Lis na przykład.
Mama nie wygląda na przekonaną.
- Mamo, naprawdę lis mógłby się wspiąć po drzewie!
- Tak?
- Albo mamo wiewiórka. Wiewiórka może się wspiąć po drzewie - to dużo bezpieczniejsza odpowiedź i mama jest zadowolona.
- Haniu, a kto to jest astronauta?
- Oj mamo. Tego to ja nie wiem.
- A kosmonauta?
- Kosmonauta to ktoś, kto lata na Księżyc.
- A ufoludek?
- To taki zielony stworek, co mieszka na planecie.
- Haniu, a co to znaczy, jak na niebie jest Księżyc i gwiazdy?
- To znaczy, że trzeba już iść spać.
- I co jeszcze?
- Na przykład, że Pan Bóg pozapalał już gwiazdy i Księżyc.
- Ale jaka to jest pora dnia?
- Mamo! Przecież wiadomo, że to jest noc!
Znaczy się mamo, przygotuj na jutro mądrzejsze pytania...

czwartek, maja 25, 2006

Ku pokrzepieniu serc zajęczych

Idąc przez miasto, opuszczając market czy siedząc w barze nagabywani jesteśmy przez ludzi, których życie nie rozpieszcza. Jak żyć zgodnie z własnym sumieniem nie rozdając przy tym całego majątku niczym święty Franciszek?

Jarek z zasady nie daje nic żebrzącym, choć potem ma czasem chandrę. Edyta czasami się łamie, szczególnie jeśli ten ktoś zwraca się bezpośrednio do niej. I zależy od wyglądu - pijaczków i bezpańskie dzieci spławia nie mniej skutecznie od Jarka.

To co? Tacy jesteśmy bezduszni?

Dorzucamy się do różnych składek, organizowanych wśród załóg naszych zakładów pracy. Pozwoliliśmy bezrobotnemu odśnieżyć nasze podwórko za drobną odpłatnością. Wzięliśmy udział, jako wolontariusze, w organizacji protestu przeciwko zabijaniu zwierząt na futra. Daliśmy kasę na organizację wałbrzyskiego hospicjum. Wysyłamy SMS-y w róznych charytatywnych audiotele. Dokładamy się do Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Zbieraczom złomu udostępniamy nasze żelaza. Nieużywane zapasy nieużywanej pościeli, kupionej jeszcze przez babcię Edyty, oddaliśmy do domu dziecka. Przygarnęliśmy dwa króliki, których właściciele już nie chcieli utrzymywać. Wspieramy ulicznych artystów. Kupujemy różniste, świąteczne kartki pomocy dzieciom i inne cegiełki. Oddaliśmy 1% podatku na leczenie chorej dziewczynki. Ciuchy wrzucamy do skrzynek PCK. Dokarmiamy ptaszki zimą. Nawet w pajacyka klikamy!

Ej Zające! Nie jesteście tacy źli. Serca macie dobre chyba...

poniedziałek, maja 22, 2006

Rób co chcesz, tylko nie pal

Babcia niestety pali. W celu realizacji nałogu podczas wizyt u nas często znika. Hania juz dawno zainteresowała się tymi zniknięciami, wytłumaczyliśmy więc to córeczce, jak umieliśmy. Babcia chodzi palić papierosy. Nie ustrzegliśmy się przy tym odrobiny manipulacji, namawiając wnuczkę, żeby nie pozwalała babci palić.

Hania wzięła to sobie do serca. Teraz podczas każdej wizyty babcia jest informowana, że palić nie powinna. W końcu, słuchając kolejnej już uwagi, lekko zirytowana zapytała:
- A dlaczego?
Hania zna, oprócz papierosów, jeszcze jeden mankament babci.
- Bo ci się zęby zepsują.
Uuups. W wieku babci zęby to istotnie problem i to raczej taki, o którym sie głośno nie rozmawia.
- Haniu, płuca...- szepce teatralnie mama
- Co mamusiu?!
- Płuca - ponawia mama
- Mamusiu, musisz mówić głośniej, bo cię nie usłyszę
- Płuca Haniu, płuca. O tutaj - wskazuje
- No właśnie babciu, bo dostaniesz płuca!!

środa, maja 17, 2006

Globalizacja Made in China

China Toy Posted by Picasa
My, Polacy, swą mądrością mądrzy, zawsze wiedzieliśmy, że nie ma z Chińczykami żartów. Już bodajże od czasów Wyspiańskiego czujemy respekt przed ich liczebnością. W rodzinie zawsze mówiło się, że jak przyjdzie co do czego to nas czapkami nakryją. W szkole bawiliśmy się w "co czwarty człowiek to Chińczyk" - po odliczeniu do czterech ten, na którego padło był obśmiewany jako właściciel skośnookiej urody. Gdzieś w tej zabawie zaszyty był respekt dla kraju, który w jednej przedwojennej powodzi mógł stracić cztery miliony ludzi.

Dziś 90% zabawek naszych dzieci to Made in China - podobnie 60% naszych ciuchów i sam Bóg wie co jeszcze. A wszystko to jednorazowa tandeta. Właśnie. Produkować tanio i kiepsko - oto dzisiejsza wunderwaffe państwa środka. Pistolecik ze zdjęcia przetrwał w objęciach Marysi dwa dni. Potem trzeba było pobiec kupić drugi. Co pół roku wynosimy na śmietnik wielki wór zabawkowych połamańców a następnie bez zwłoki uzupełniamy zapasy. Prawdziwe ekonomiczne perpetuum mobile.

Dlatego, gdy ktoś zapyta, co tam słychać w polityce, walcie śmiało. Chińczyki trzymają się mocno.

środa, kwietnia 12, 2006

Nocna straż

Hania budzi się w środku nocy, będzie gdzieś tak trzecia z minutami, i czołga się do mamy.
- Mamusiu, mamusiu – szepce
Potem obsypuje Edytę całusami. Widać, że coś się dziecku przyśniło.
Przytulona uspokaja się.
- Tatusiu, pić.
No tak. Każdy w rodzinie wie, że jak w nocy trzeba zejść na dół, to należy mnie obudzić i po prostu wysłać.
Półprzytomny zwlekam się na dół. Nie zapalam światła, żeby się całkiem nie wybudzić i po omacku nalewam dziecku picia. Wracam.
Hania siedzi na nocniku. Taki nocny full serwis.
Pije i bez słowa oddaje mi szklankę. Tata zrobił swoje, tata może odejść...a nie. Zapomniałem o:
- Wytrzyj.
- Ale nie mam czym
- W pokoju jest papier – mówi pouczającym tonem. Gdzie ona się tego nauczyła w tym wieku. I co gorsza ma rację.
Idę do drugiego pokoju i przynoszę ten papier.
- Mamo. Powiem ci coś. Mamo. Powiem ci coś – powtarza konspiracyjnym szeptem gramoląc się z powrotem do łóżka
- Mamo. Powiem ci coś.
- No mów.
- Tata dał mi cytrynowej wody. A przecież ja już myłam zęby.
- Nooo tatooo!
Idę spać. Ja tu z was najwcześniej wstaję!

- Tatusiu...
- Tak córeczko?
Chwila ciszy.

- Ojciec. Ona powiedziała Plastusiu. Plastusiu.
Plastuś to bajkowy przyjaciel Hani. Idę spać.