Wezwani pod groźbą grzywny, stawiliśmy się z Hanią w naszej znienawidzonej przychodni. Na szczepienie - tężec, Heinego-Medina i takie tam. Edyta pamiętała z własnych doświadczeń, że pije się jakieś świństwo i z głowy.
W poczekalni tłum. Szum, płacz, pokrzykiwania zdenerwowanych rodziców. Wezwali chyba połowę wałbrzyskich pięciolatków. Za drzwiami, za którymi znikają kolejne przedszkolaki odbywają się jakieś dantejskie sceny. Piski, krzyki, płacze, wołania o pomoc. Potem drzwi się otwierają. Wychodzą przez nie dzieciaczki roztrzęsione, sponiewierane, z żalem w spoconych oczach. Za nimi umęczeni rodzice. Dziwne. Pewnie to jakieś inne szczepienia.
Cisza...
Cisza...
Cisza...
Tata zaczyna gryźć palce ze zdenerwowania. Zostawione pod jego opieką tamagotchi cichutko popłakuje. STRACH.
Potem wychodzi Hania. Na odsłoniętych ramionach, z obu stron, plastry. O Jezu! Nie było kielonka tylko zastrzyk. Dwa zastrzyki!! Ale co to? Hania idzie zadowolona, rozgląda się, nieco zadziwiona, po spłakanych rówieśnikach.
- Mamo. Ale fajnie było, nie?



