sobota, października 27, 2007

Sado maho?

Wezwani pod groźbą grzywny, stawiliśmy się z Hanią w naszej znienawidzonej przychodni. Na szczepienie - tężec, Heinego-Medina i takie tam. Edyta pamiętała z własnych doświadczeń, że pije się jakieś świństwo i z głowy.

W poczekalni tłum. Szum, płacz, pokrzykiwania zdenerwowanych rodziców. Wezwali chyba połowę wałbrzyskich pięciolatków. Za drzwiami, za którymi znikają kolejne przedszkolaki odbywają się jakieś dantejskie sceny. Piski, krzyki, płacze, wołania o pomoc. Potem drzwi się otwierają. Wychodzą przez nie dzieciaczki roztrzęsione, sponiewierane, z żalem w spoconych oczach. Za nimi umęczeni rodzice. Dziwne. Pewnie to jakieś inne szczepienia.

Wreszcie przychodzi czas i na Hanię. Edyta znika z nią w strasznym pomieszczeniu.
Cisza...
Cisza...
Cisza...

Tata zaczyna gryźć palce ze zdenerwowania. Zostawione pod jego opieką tamagotchi cichutko popłakuje. STRACH.

Potem wychodzi Hania. Na odsłoniętych ramionach, z obu stron, plastry. O Jezu! Nie było kielonka tylko zastrzyk. Dwa zastrzyki!! Ale co to? Hania idzie zadowolona, rozgląda się, nieco zadziwiona, po spłakanych rówieśnikach.
- Mamo. Ale fajnie było, nie?

piątek, października 19, 2007

Karna kompania

- Mamo? A ile ty masz przerw w pracy? - pyta Hania
- Kilka. Czemu pytasz?
- Mamo! Bo ja w przedszkolu mam tylko jedną!

Normalnie obóz pracy, no.

czwartek, października 11, 2007

Nowe porządki

Marysia zapowiada się na bardzo porządnego człowieka.

Lubi mieć wszystko uporządkowane i poukładane.
Jak gdzieś jest otwarta szuflada, to ją zamknie.
Jak gdzieś coś się rozsypie, to pozbiera.
Jak jej się coś wysmyknie z rąk, to płacze ze złości i żalu, że się zrobił bałagan.
Zupełne przeciwieństwo starszej siostry, która gdzie stanie, tam robi bałagan. Jak się okazuje, być może będzie musiała to sobie jeszcze raz przemyśleć. W trudnym zadaniu uczenia Hani porządku rodziców wspiera bowiem Marysia.

Zaczęła od rzeczy podstawowej po powrocie z podwórka:
- Hanka!! Oślałaś!? Bludne buty!?

Tak tak, Haniu. Koniec z wbieganiem do kuchni prosto z pola. Normalnie koniec.

poniedziałek, października 01, 2007

Patologiczna rodzinka wybywa z domu

To był czwarty kilometr. Hanię bolała otarta na pięcie noga. Szła więc z butem zsuniętym, tak jakby w klapku, z przydepniętą cholewką. Skręciliśmy akurat w złym kierunku, schodząc ze Starego Książa w kierunku Pełcznicy. Przewodnik stada zorientował się pierwszy i zatrzymał rozglądając czujnie. Było lekko pod górkę. Hania zatrzymała się za nim nagle, wykonując jednocześnie obrót w stronę mamy. But oczywiście zsunął się jej ze stopy. Uniosła więc odruchowo bosą nogę i straciła równowagę. Chwyciła się mamy i pochyliła, by sięgnąć po obuwie. Wybita z rytmu mama zachwiała się lekko i odruchowo chwyciła mocniej prowadzoną za rękę Marysię, która pod górkę może tylko iść, bo jak stanie, zaczyna staczać się w dół. Aby chwycić ją pewnie, również nieco się pochyliła. Hania pochwyciła but ale chyba ją przeważył. Żeby utrzymać równowagę machnęła drugą ręką, którą trzymała się dotąd mamy. Palcami trafiła w okulary mamy, nieco je przekrzywiając. To był czwarty kilometr i trzecia godzina. Mama była już u kresu wytrzymałości.

- K.... mać! – rzuciła z pasją.
- Mama powiedziała k.... mać! – potwierdziła Marysia z takim jakby zaskoczonym uśmiechem.
- Marysiu! Dzieciom nie wolno mówić k.... mać – skarciła ją natychmiast Hania.
- K.... mać! – nikt nie będzie Marysi mówić co wolno a co nie. A już szczególnie Hania.

Edyta poprawiła tylko okulary i wszyscy ruszyli w kierunku wskazanym przez dziwnie poczerwieniałego przewodnika. Dobrze, że to las był i ścieżka pusta.