wtorek, lutego 27, 2007

Jedwabne rękawiczki

Tata ustrzelił w kiosku specjalny numer "Księżniczki" z super gadżetem - rękawiczkami a la jedwab, opatrzonymi finezyjnym, haftowanym herbem i co najważniejsze w ulubionym kolorze Hani - różowym.

Zadowolony z siebie wparował do mieszkania i pierwsze co, zakrzyknął:
- Haniu! Chodź. Mam coś dla ciebie!
Hani zaparło dech ze szczęścia.
- O takich marzyłam!
Rękawiczki szybko trafiły, gdzie ich miejsce, czyli na dłonie. Tam podziwiane miały być przez całą rodzinę.

Dlatego też żuchwy nieco się nam osunęły, gdy usłyszeliśmy:
- Mamo. Będę w nich sadziła kwiatki!
Ładne kwiatki.

Ale to jeszcze nic, bo potem nastąpiły podziękowania.
- Dziękuję ci Mamusiu.
O cholera! Mamusiu?
- Haniu, ale to tatuś wypatrzył w sklepie - próbuje honorowo prostować Edyta.
- Nie! Mamo... - po chwili ciszy ciągnie Hania - Od ciebie...
- Haniu...
- Mamo! Ty nie rozumiesz!!
- Haniu! To umówmy się, że to jest ode mnie, ale tatuś dał pieniążki.
Cisza.
Cisza.
Cisza.
- No dobrze.

Ktoś jeszcze nie wie, gdzie kobiety uczą się przedmiotowego traktowania mężczyzn?

wtorek, lutego 20, 2007

Bibliofil

Z pewnej okazji tata Jarek dostał prezenty. W tym od ukochanej żony zamówione wcześniej Lex Perpetua Sapkowskiego.

Znać radość na twarzy taty musiała się wyraźnie objawić, bo Hania momentalnie przejęła inicjatywę:
- Tato! Zaczekaj. Ja też dam ci prezent! - po czym znika na pięterku. Słychać tam szurania, sapania i stukoty.

Po chwili Hania wraca. Targa coś po schodach w wielgachnej torbie. Zbyt długie uszy oraz ciężar powodują charakterystyczny efekt wleczenia trupa, znany z filmu dla dorosłych.
- Tato! To dla ciebie! - oświadcza z radością w oczach, czekając na taty reakcję.

W torbie wszystkie tomy Diuny, komplet opowieści o Czarnej Kompanii oraz wybrane na chybił trafił opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych.
- Córeczko! Moje ulubione książki! Dziękuję!! Wspaniały prezent.

Obserwująca całe zajście Marysia na te słowa, bez słowa, znika na schodach. Słychać szuranie, stukoty. Po chwili wraca. Torba jest mniejsza. W torbie ładunek skromniejszy - kilka marysiowych, podniszczonych bajeczek.
- Tata maś!
- Marysiu! Urocze. Moje ulubione książki! Dziękuję!

Obserwująca całe zajście Hania na te słowa znika na schodach...

Przed południem w salonie znajdują się już dwie pełne półki książek ze zbiorów Jarka oraz proporcjonalna liczba bajeczek.

Całą zabawę psuje Edyta swoim jakże racjonalnym pytaniem:
- A kto to wszystko odniesie na górę?
Jest chwila milczenia.
- Tato! Włącz mi gierki.
- Bajki ciem.
- To ja pójdę porąbać drewno.

A tak było miło.

czwartek, lutego 15, 2007

Dirty Dancing

Hania już od pewnego czasu uczęszcza na lekcje baletu. Lekcje prowadzi tancerka z teatru we Wrocławiu, Białorusinka z wymową, którą chyba tylko małe dzieci są w stanie zrozumieć. Żywy archetyp rosyjskiej primabaleriny.

Znając słomiany zapał Hani do różnych rzeczy, po zakończonych porażkami próbach z przedszkolem i z zuchową drużyną, z wielką obawą oczekiwaliśmy jej ocen po pierwszej lekcji.

Pierwsze zajęcia. Rodzice obserwują się nawzajem ukradkowo. Nikt nikogo jeszcze nie zna. Czekamy. W przerwie Hania wybiega, przekonana, że to już koniec i komunikuje dyszkantem:
- Było superancko! Najlepiej na świecie! - zaś gdy tylko orientuje się, że przed nią jeszcze druga część, zakrzyknęła - Hurrrra!! - i poleciała ćwiczyć.

W podobnym mniej więcej czasie z sali wybiegła inna dziewczynka, ze łzami w oczach szukając swojej mamy. Za nią primabalerina.
- Nie znoszę pani! - wrzasnęła w desperacji podkreślając stan ducha wywalonym jęzorem i z braku mamy wtuliła się w Edytę. Znów mieliśmy wątpliwości.

Z końcem zajęć uważnie obserwowaliśmy Hanię.
- Super! Fajowsko! - komunikowała przebierając się, a jednocześnie jakaś taka...niewyraźna była. Oho!
- Haniu?
- Tu mnie boli - pokazuje żebra.
- Co się stało?! - wizja archetypicznej baleriny ze szpicrutą rozbłyska w mózgach rodziców.
- Pani powiedziała, że możemy skakać jak tylko chcemy i ja tak skakałam, że aż mnie tu zabolało.
Balet. Hania jest do tego stworzona.

poniedziałek, lutego 12, 2007

Wieści ze świata showbiznesu

W telewizornii muzyka. Produkuje się swoim chrypiącym głosem niejaki Stachursky. Taki wiecie - men. Macho.

Marysia przerywa zabawę i zwraca swą uwagę na ekran.
- Bźidko pani piewa!
- Jaka pani? To jest Pan.
- Pani!!

Panie S. Czy jest coś, o czym powinniśmy wiedzieć?

poniedziałek, lutego 05, 2007

Sed fugit interea, fugit irreporible tempus

- Zobacz tato, jakie śmieszne stworki.

Spoglądam na otwartą gazetę, prezentującą fragment obrazu Goi, traktującym o starości. Na obrazie, zgodnie z tematem, starzy ludzie. Owszem, Goya w specyficzny sposób malował starych ludzi, ale każdy dorosły rozpozna w nich ludzi. Żadne tam stworki.

Ale nie ma się co dziwić. Starość jest dla dzieci niepojęta. Abstrakcyjna - gdyby znały pojęcie abstrakcji. Nam samym z trudem przychodzi pojąć, że będziemy starzy. Z niedowierzaniem obserwujemy własnych rodziców, którzy dziś są w tym wieku, w jakim byli nasi dziadkowie, kiedy ich zapamiętaliśmy.

Zanim odeszli.