Zamiast drętwego podsumowania roku, chciałbym przytoczyć coś z zamierzchłej przeszłości. Zresztą trochę á propos.
Działo się to w niesławnym, XX wieku. Komuna już była upadła, Jarek znalazł właśnie pracę, a do wojska brali, po długiej, blisko 10-letniej przerwie, pierwszy rocznik studenciaków. Wzięli i Jarka, buciorami przerywając świetnie rozwijającą się karierę.
W trakcie służby, zwanej długoterminowym przeszkoleniem wojskowym każdy ze świeżo zaciągniętych studenciaków miał zaszczyt pełnić rolę oficera dyżurnego kompanii. Oficer taki nie miał wiele do roboty - sprawdzić porządki w rejonach, zliczyć stan, który telefonicznie podawało się potem oficerowi dyżurnemu jednostki i w końcu miał też z samego rana złożyć raport przybywającemu dowódcy kompanii.
Raport ten to była prawdziwa, lingwistyczna perełka. Brzmiał mniej więcej tak:
- Kompania baczność!!! Panie pułkowniku. Oficer dyżurny kompanii, starszy szeregowy podchorąży taki to a taki melduje, iż w nocy na terenie kompani nic ważnego nie wydarzyło się!" - wszystko obowiązkowo na jednym wdechu i jak z kałacha - bez zająknięcia. Żeby siary nie było przed majtkami, którzy w ilościach hurtowych, niby przypadkiem, akurat pojawiali się w okolicy i zastygali w pozycji na baczność, licząc na widowisko.
W sumie nic wielkiego. Tekst standardowy. Wystarczy poćwiczyć, ze dwa razy stanąć przed lustrem i jakoś to będzie. Gdy przyszła kolej Jarka, był gotów. Regułka wyuczona. Stany podliczone. Majtki biegają po żarcie do kantyny. Na frontach spokój. Po ogłoszeniu ciszy nocnej oficer dyżurny zapadł więc w słodkie lenistwo.
Tego dnia oficerem dyżurnym jednostki był jednak pewien kapitan. Nie wspomnę jego funkcji ale z pewnością był to oficer środowiskowy, dawnej zwany politycznym a w cywilu kaowcem. Sukinsyn zamyślił sobie, rzecz niesłychana, przyjść do nas na inspekcję.
W okolicach godziny 23:00, kiedy strudzony oficer dyżurny Zając przysnął był na chwilę, wpadł do budynku, a następnie do kilku pokoi. Pokoi w których panowie podchorążowie spożywali, jak co wieczór, różne napoje.
- Panie podchorąży, zobowiązuję pana do złożenia raportu dowódcy kompanii. Sprawdzę wykonanie tego rozkazu!" - i poszedł. A oficer dyżurny nie zmrużył już tej nocy oka, układając sobie w myślach rzeczony raport. A im bliżej było świtu, tym mniej z tego wynikało. Czas uciekał nieubłaganie, w głowie pustka, serce w gardle. Panika rosła aż do momentu kulminacyjnego. W drzwiach zamajaczyła sylwetka dowódcy.- Kompania baczność!! - tym razem gapiów były tłumy. Wszyscy już wiedzieli, że rano będą niezłe jaja.
- Panie pułkowniku! Oficer dyżurny kompanii, starszy kapral podchorąży Jarosław Zając melduje, iż w dniu wczorajszym o godznie 23:00 oficer dyżurny jednostki podczas inspekcji plutonów stwierdził fakt spożycia alkoholu przez podchorążych!".
Oddech. I cisza. Dowódca zachowuje kamienną twarz. Chciałoby się zamknąć oczy i czekać na wyrok. Cisza się przedłuża a oczy dowódcy jakby czegoś oczekiwały.
- Poza tym nic ważnego nie wydarzyło się!!.
Salut, graba i pułkownik znika w swojej kanciapie. Nie zastrzelił.
O 9:00 zdałem służbę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz