niedziela, września 28, 2008

Wrocław nie sprostał oczekiwaniom

Hania, wybierając się na cały dzień do Wrocławia obiecuje Niani:
- Nianiu! Nie martw się, tobie też przywiozę jakąś pamiątkę!

Godne pochwały, jednak dzień w metropolii mija szybko a liczne atrakcje bardzo niekorzystnie wpływają na pamięć. Ostatecznie Hania wraca do domu bez obiecanego prezentu.
- Nianiu, ale wiesz co? - wita się z opiekunką - W tym Wrocławiu było bardzo mało fajnych pamiątek...

Tak Nianiu. Ten Wrocław to w ogóle jakaś wiocha.

niedziela, września 21, 2008

Załoga Marysi

W czasie porannego, niedzielnego lenistwa łóżkowego, Marysia wymyśla różne zabawy. A to bajkę każe sobie przeczytać, a to lalką pobawi. W końcu stwierdza, że będzie robić piknik.
- O! A dla kogo będzie ten piknik? Kogo zaprosisz?
- Moje koleżanki.
- Które koleżanki?
Krótka pauza...
- Asia, Pasia, Ura i Szuflada.

Kto jej te teksty pisze?

poniedziałek, września 15, 2008

Post nr 152 - Oficerowie

W trzecią rocznicę powstania bloga nie będę nikogo zanudzał statystyką ani planami na przyszłość ani żadnymi innymi mądrościami. Ale żeby nie było jak zwykle, zamiast o dzieciach, zapodam (nie pierwszą zresztą) historyjkę pochodzącą z mych bogatych, wojskowych wspomnień.

Raz w życiu brałem udział w ćwiczeniach wojskowych – nie licząc oczywiście półrocznego „długoterminowego przeszkolenia...”. Była to jakaś próbna mobilizacja, którą generalicja ogłosiła chcąc sprawdzić sprawność procedur.

W jednostce stawiłem się jako jeden z ostatnich, niby luzak taki, co to w końcu życia wojskowego liznął. Wiarus prawie. Poobijamy się ze dwa dni i będzie miło. Szybko zmuszono mnie do weryfikacji tego poglądu.

Bardzo ważny pan oficer wywołany z ciemnej kanciapy przez dyżurnego, krzywo patrząc na marudera (wieczór był, gdy przybyłem), zasiadł za biurkiem i niechętnie otworzył wielką księgę leżącą na blacie. Sprawdził kwitek, który mu wręczyłem po czym paluchem rozpoczął wyszukiwanie. Gdy znalazł, brwi nieco mu się uniosły.
- O! Pan dowódca.
- Że co?
- Jest napisane, że jest pan dowódcą.
- Co?
Uznał mnie chyba za nieszczególnie bystrego, bo bez zbędnych wyjaśnień przeszedł do sedna sprawy.
- No to panie dowódco, w końcu się pan pojawił...
Dowódca? Że niby ja? Ale o co kaman?

Oficer osobiście poprowadził mnie do koszar, wprowadził do jednego z pomieszczeń i uprzejmie przedstawił zgromadzonemu wojsku. Zastępcy dowódcy (który przybył był wcześniej) zabrał mój pas z pistoletem i uroczyście zapiął na moim brzuchu. Następnie zainicjował oficjalne przekazanie dowodzenia. Zachowywałem się trochę jak we śnie – wychodząc ze słusznego chyba założenia, że to nie może się dziać naprawdę.
- Kolego – odezwał się zastępca po wyjściu oficera – A ile tych ćwiczeń kolega już odbył, że zrobili dowódcą?
Facet pił najwyraźniej do mojego młodego wyglądu. I rzeczywiście, ze zgromadzonego towarzystwa kolegów z szarżami, to jakiś taki najmłodszy byłem.
- Ja?! Ja pierwszy raz.
I to był błąd chyba, bo od razu cały mir u wojska straciłem. Kto by tam słuchał jakiegoś gołowąsa. Na szczęście wojsko ogólne było dość tradycyjne – takie tam pospolite ruszenie, gdzie nikt nikogo słuchać nie będzie. Nic się w tym temacie już od kilku wieków nie zmienia.

Kilka razy dzielny dowódca otrzymał OPR od wyższych rangą za leniwe wojsko, snujące się po korytarzach – generalnie jednak nie było tak źle: chłopaki się nie schlali, nie hałasowali ani nie uciekali z koszar. To, że zlewali wszystko i wszystkich zdaje się nikogo nie dziwiło.

Kulminacyjnym punktem „ćwiczeń” był uroczysty apel. Ustawili nas na placu do przeglądu, poczekaliśmy godzinkę czy dwie, aż generały rozpoczną wizytację. No i zaczęło się. Idzie sobie pan generał, ogląda rosłych wojaków, jeden w drugiego patriota. Nienagannie uszyte mundury, buty lśnią. Pan generał zadowolony. Pan generał musi porozmawiać z wojskiem. I jak myślicie, do kogo podchodzi na pogaduszki?
- Panie dowódco, jakiej specjalności są pana ludzie?
- Telefoniczno-telegraficzna panie generale – początek miałem niezły, zresztą pouczono mnie, co mam mówić.
- Hmm, a gdzie pana mapnik? - a o takich pytaniach nie uprzedzali...
- Melduję, że nie mam panie generale!
- Jak to? Nie wydano mapnika oficerowi? A lornetkę?
- Melduję, że nie wyposażono mnie w lornetkę panie generale!
- Aha.
I poszedł. Nie wiem, czy dowódca jednostki słyszał naszą konwersację. I wolę nie wiedzieć.

Wieczorem, w regionalnych wiadomościach, był reportaż o tej mobilizacji. Pokazali zwisających w oknach, zblazowanych, o zgrozo, moich podkomendnych!
- Hej!! Panowie!! A co wy tam robicie?!! – darł się redaktor
- Sztukę walimy!! Nic nie robimy i tyle!!

Moje chłopaki! Moje wojsko!

środa, września 10, 2008

Mi nie zabracie?

W dawnych czasach, kiedy Hania nie umiała jeszcze zapinać pasów w samochodzie, traciliśmy całe godziny, czekając aż się podda. To był niemal punkt honoru - spróbować zapiąć pasy samemu. Nic jej oczywiście z tego nie wychodziło i w końcu się poddawała. Każdy wyjazd miał swoją ceremonię.

Kiedy jednak w końcu nauczyła się ich zatrzaskiwania, szybko ją to znudziło. Teraz za każdym razem przekonuje nas, że to my powinniśmy ją zapinać. My jednak, po wielu latach katorgi, ani myślimy wracać do kieratu. Mamy taki jeden, świetny argument:
- Dobra. Nie musisz zapinać. Ale jak zapłacimy mandat, to będziesz potem nam ze swoich pieniążków oddawać. 
Działa niezawodnie.

Marysia, która też już swoje pieniążki dostaje, uznała, że i jej interesy wymagają ochrony:
- Ale mi nie zabracie?!
- ??
- No bo ja jestem zapięta!!

Nie Marysiu. Tobie nie zabramy.

czwartek, września 04, 2008

Tajne, specjanego znaczenia

- To jest mój pamiętnik. Nikt nie ma go przeczytać - Marysia oznajmiła to światu tonem stanowczym, prezentując swój zeszyt z bazgrołami.

Cała rodzinka, nawet Hania, kiwnęła głową ze zrozumieniem. Wiadomo - pamiętnik rzecz święta. Nie wiadomo jednak, czy Marysia nie tego się spodziewała, czy też się rozmyśliła, bo po chwili:
- Nooooo...oprócz mamyyy...i Haniii...i kotka, i pieska i...
- I... - musielibyście usłyszeć tę naiwną wiarę w głosie taty.
- ... i mnie, oczywiście.