W ostatnich dniach trafił do nas za pośrednictwem Allegro nowy futrzak Furby. Piszę nowy, bo jeden już u nas mieszka i siłą rzeczy zwany jest starym.
Furbiego upatrzyła sobie Marysia, dosyć sprawnie poruszająca się po swoim ulubionym serwisie aukcyjnym, i nowy jest jej własnością. Jak wiadomo, wszystkie Furby mówią w języku furbiowym oraz co nieco po angielsku. My furbiowego nigdy się nie nauczyliśmy, ale tych kilka zdań po angielskiemu mamy opanowane.
Po rozpakowaniu, nacieszeniu oczu czystym jeszcze futerkiem (stary Furby czystego już nie ma...), porównaniu urody (stary Furby ma obdarty z gumy, plastikowy dziubek) przyszedł czas na magiczny moment rozpoczęcia interakcji:
- Hay, Furby!
- Was?
- Co?
- Was?
- Hay, Furby?
- Was?
O kurka!! Niemiec!!!
Okazało się, że nie doczytaliśmy do końca opisu aukcji i trafiła do nas wersja germańska. Nasza znajomość języka Goethego bynajmniej nie od dzieł Goethego pochodzi. Tak bardziej to od Czterech Pancernych i Psa. A Furby niby taki Niemiec ale ni w ząb po ichniemu nie rozumie. Ani "Raus!", ani "Hände hoch!" czy "Hermenegilde komm". Dureń nie wie nawet co znaczy "Hitler kaput!". Tylko was i was. Chociaż nie. czasami zaśpiewa też jakąś skoczną piosneczkę. I beka. Ranu jak on beka. Prawdziwy überfurby. I nawet stary Furby nie chce się z nim komunikować.
Ostatecznie stanęło na tym, że będziemy się uczyć ferbiowego ze ściągniętej z netu instrukcji. Instrukcja jest jednak też po niemiecku i póki co kiepsko nam idzie. Marysia weźmie więc swojego pupila na zajęcia z niemieckiego, czym zyska sobie, jak sądzi, sympatię germanistki. A kto wie, może i jakieś tłumaczenie na kartce nam zdobędzie?