środa, września 20, 2006

Sposób czyli słowo się rzekło

Mkniemy do kościoła całą rodzinką, kombinując przy tym jaki chwyt socjotechniczny zastosować tym razem, żeby znów nie musieć wyprowadzać Hani przed końcem mszy za niegrzeczność. A uwierzcie, że wiele sposobów już wypróbowaliśmy - z mizernym skutkiem.

Hania z tyłu beztrosko bawi się komórką Jarka, zapuszczając nam różne melodyjki. Zabawa pochłania ją do tego stopnia, że nie widzi co się wokół dzieje i zaskoczona, że już dojechaliśmy, nie bardzo chce się rozstać z nową zabawką. Pomysł nasówa się sam.
- Jak będziesz grzeczna, to po kościele dostaniesz komórkę z powrotem.

I to, jak się okazuje, jest strzał w dziesiątkę. Przez całą mszę Hania jest idealnym dzieckiem - uspokaja Marysię, która tym razem o dziwo zdrowo dokazuje, klęka i wstaje razem z nami, śpiewa nawet. Jesteśmy w szoku! Powinszować rodzicom skuteczności...

Dziesięć sekund po wyjściu z kościoła Hania pyta:
- Mamo, grzeczna byłam?
- Tak, córeczko. Bardzo nam...
- No to teraz komóreczkę!!

niedziela, września 17, 2006

Księżniczka na tronie - ballady cz. II

Zwrócono mi uwagę, że poprzednia opowieść kończy się w środku wydarzeń. Był jeszcze ciąg dalszy, dla Edyty nawet ważniejszy od tego, co dotąd opisano.

Otóż po zakończeniu wiadomych czynności, Hania przystąpiła do demontażu tronu. Jak zwykle jednak chęci wyprzedziły możliwości i parę kropli wychlapało się na świeżo uprany ręcznik.
- Hanka! To jest świeżo wyprany ręcznik!! - wrzasnęła mama.
- To co, mamusiu?
- Jak to co?! Będę musiała go teraz jeszcze raz prać!
- Co z tego, mamusiu?
- Jak to co?! Wiesz ile jest z tym roboty?!
- Ciach i już.
- Ciach i już? Ty myślisz, że to takie proste?!
- Aha. - Hania z całym przekonaniem i niewinnością kiwnęła głową. Mamie zaś opadły ręce.

Bo w życiu trzeba się umieć ustawić. Ciach i już.

piątek, września 15, 2006

Rocznica

Dzisiaj mija rok od założenia tego bloga. Pora się podsumować.

Kiedy we wrześniu 2005r. rejestrowałem się na Googlach jako blogujący, wydawało mi się, że mamgotowy pomysł, taki przemyślany i dokończony. Jednak blog mój miał inne zdanie. Szybko zaczął żyć własnym życiem, potem prawie umarł, potem zaś wszedł w wiek dojrzały i od tamtej pory wygląda i brzmi tak jak dziś - krótkie notki, zawsze opatrzone zdjęciem. Czasami śmieszne, czasami nie.

Oceniacze się podzielili - jedni uznali, że to ekshibicjonizm drudzy, że fajna rzecz. Ja nie mam tak komfortowej sytuacji. Autorowi trudno obiektywnie ocenić, czy to co robi nie jest po prostu kiepskie. W końcu najpierw to miało być tylko miejsce dla zdjęć - posty miały być pisane pod zdjęcia. Potem jednak część "literacka" wzięła górę. Miało być pisanie dla dzieciaków, żeby za lat trzydzieści mogły lepiej poznać nas i siebie z tego okresu. A jednocześnie wstawiłem narzędzie zapisujące skąd, kto i ile razy mi tu zaglądał.

Statystycznie nie jest rewelacyjnie - 42 notki. To niewiele patrząc na to, co się wyprawia na popularnych blogach. Ale patrząc obiektywnie - 42 razy siadłem do komputera i zapisałem jakieś głębsze czy płytsze myśli, weselsze czy smutniejsze spostrzeżenia.

Do sukcesów zaliczam niepozwolenie sobie na ucieczkę w historie o dzieciach. To by była zbytnia łatwizna, tyle sytuacji aranżują. Tylko opisywać. Cele na najbliższy rok? Utrzymać charakter i nie stracić wiary, że ten blog w ogóle ma jakiś charakter. I nie odpuszczać sobie ;-)

środa, września 13, 2006

Księżniczka na tronie - ballada

Bardzo zaaferowana Hania wbiega do pokoju, rozściela na dywanie swoją kołderkę. Ma z tym drobne problemy, więc zaintrygowany tata pomaga wyrównać jej brzegi. Zaaferowana mama próbuje zadać pytanie, ale Hani już nie ma.

Po chwili przybiega ze świeżo upranym ręcznikiem w ulubionym, różowym kolorze. Ręcznik wyszarpnęła z kupy świeżego prania, czekającego na sortowanie i prasowanie. Kupa się wywaliła, ale Hani już tam nie ma. Hania rozściela ręcznik na dywanie i na wcześniej rozścielonej kołderce.

Nasza ciekawość sięga zenitu, gdy bez słowa znika, jak się domyślamy w poszukiwaniu następnego elementu układanki. Co to też będzie? Husteczka? Poduszka? Ziarnko grochu?

Po chwili Hania wraca...z nocnikiem. Nocnik ten stawia na samym środeczku przygotowanego podłoża, po czym na tak skonstruowanym tronie siada. I robi siku.

Jak to z prozaicznej, fizjologicznej czynności można uczynić święto. Uczcie się dorośli. Uczcie się.

poniedziałek, września 11, 2006

Pamiętny dzień 11 września

Nasz ulubiony rodzinny blogowicz, bloger czy może blagier, Wawrzyniec Prusky, jest osobą popularną. Miliony odsłon, fan kluby, nagrody a teraz jeszcze programy telewizyjne. Chyba można powiedzieć, że świat Wawrzyńca, jego MŻonki, Dziedzica i Potomki wciągnął nas, podobnie jak wielu innych. Może to przez jego podobieństwo do naszego a może dzięki urokowi osobistemu WP, płynącemu z tekstów. To zresztą nieistotne.

Regularna lektura jego historii pozwoliła nam dobrze poznać, kto zacz. Opowieści swe snuje radośnie, śmiało i kunsztownie, doprawiając kolorów szarej rzeczywistości. Stara się przy tym zachować to minimum prywatności - co przy popularności którą zdobył nie jest oczywiście takie proste. O WP w realu wiedzieliśmy więc wszystko, co ważne: gdzie mieszka, jakie są prawdziwe imiona jego domowników. Wiedzieliśmy jak wygląda i jaki ma głos. Tak się nam przynajmniej zdawało do momentu obejrzenia go w talk show pani Drzyzgi.

Na show ten czekaliśmy niecierpliwie od czasu, kiedy na blogu podał do wiadomości newsa o programie. Tak więc siedzimy dzisiaj, przegoniwszy dzieciaki od telewizora, i czekamy. Najpierw smutne panie, potem skype-most z USA, potem psycholog potem Drzyzga zaprasza Pawła. A tu wchodzi Wawrzyniec.

O rzesz ty orzeszku! Tak nas oszukać! No co jak co, ale to że Wawrzyniec to Wawrzyniec było dla nas pewnikiem. Ostoją wśród Wawrzyńcowych fantazji. A teraz cały świat jego bloga nam się zawalił - jak teraz uwierzyć w cokolwiek, co napisze?! To już będzie zupełnie inny blog...może się jeszcze okaże, że Prusky to też nie jest prawdziwe nazwisko? Jakże inaczej brzmi teraz jego motto: "TO JEST BLOG O LOSACH WAWRZYŃCA, PISANY PRZEZ WAWRZYŃCA. WAWRZYNIEC PISZE O SOBIE W TRZECIEJ OSOBIE, BO TAK MU SIĘ ZACZĘŁO I JUŻ ZOSTAŁO". Parafrazując słowa naszego przyjaciela, który po nocy spędzonej w jednym namiocie z kumplem, znanym dotąd tylko z ksywki, zakrzyknął: "Paweł!? Ty jesteś Paweł!? Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś!!!".

Co jest w tym 11 września, że wszelkie psychole świata tego wybierają ten dzień? 11 września żeśmy się z małżonką pohajtali. 11 września Osama wysłał swoich bandziorów na rzeź i teraz 11 września Paweł ujawnił straszliwą prawdę o sobie.

Strach pomyśleć, co jeszcze w przyszłości czeka nas tego dnia.

piątek, września 08, 2006

Moja krew!

Jedziemy samochodem. Ulica jest wąska, kręta i dziurawa. A przed nami traktor. Tak więc właściwie nie jedziemy a wleczemy się okropnie.

Tata bębni nerwowo palcami po kierownicy. Za nami sznureczek samochodów w których też bębnią. Co bardziej nerwowi wyskakują co rusz na lewą stronę, żeby nie wiem, postraszyć? Bo zobaczyć i tak nic na tych zakrętach nie zobaczą.

Na to odzywa się Hania:
- Tato. Ten traktor chyba sobie myśli, że jest lepszy od nas!

Zuch córeczka!! Moja krew! No moja krew!

środa, września 06, 2006

Aksjomat o realizacji marzeń

Kto z Was spełnił już swoje marzenie? Nawet takie proste: o wejściu na Rysy, o wakacjach w egzotycznym miejscu, o przeczytaniu dawno odłożonej lektury? Jakie są Wasze plany w tym temacie?

Nasz sąsiad miał marzenie. Marzenie z kategorii tych małych, aczkolwiek niewygodnych i dlatego wiecznie odkładanych. Sąsiad chciał mieć konia.

Pewnego razu, idąc na wiosenny spacer, albo też ze spaceru wracając, na polanie spostrzegliśmy konia. Pasł sie beztrosko, jak to koń, pomachując radośnie ogonem. Był to koń sąsiada.

Ulica była poruszona. "Patrz pan, zawsze chciał mieć konia. I ma!" - mówili jedni. "Sfiksował stary, po co mu koń!?" myśleli inni. Trochę było w tym ironii ale to chyba z zazdrości. Że miał odwagę.

Zaniedługo do konia dołączył drugi. Regularnie pojawiał się rolnik z sianem na traktorze. Wieczorem niosło się po dzielnicy radosne rżenie. Minęło lato a po ulicy poszła fama, że jeden konik jest źrebny. Czyli że będą konie trzy. A potem sąsiad zmarł.

Nie odkładajcie swoich marzeń na potem, bo możecie ich już nigdy nie zrealizować. Szczególnie tych najprostszych.

poniedziałek, września 04, 2006

Pełno tu cudów

Drobny zabieg wycięcia skóry na głowie stał się dla nas pretekstem do rozmyślań. A to nad marnością ludzkiego żywota, a to nad charakterem rodzinnych relacji, a to nad kondycją prywatnej służby zdrowia. Konkluzje tych rozmyślań nie wniosły wiele do myśli filozoficznej świata, ale pozwoliły oderwać się od pociętej skalpelem rzeczywistości. Dzieci tak dobrze nie mają, żeby sobie w taiej sytuacji pofilozofować.

Hania, wśród wielu zalet, ma tę wadę, że kiepsko rysuje. Jakoś tej zdolności to tak bardziej nabyła po tatusiu - rysunki jej jeden w drugiego bochomazy. Czysta abstrakcja.

Drobny zabieg cięcia skóry stał się kataliztorem naszego małego, rodzinnego cudu. Gdy po naszym powrocie od chirurga Hania spojrzała na wielki, biały opatrunek, zakrywający pół głowy mamy, zamiast filozofować, tak jak stała tak pobiegła do pokoju. Tam siadła do tablicy i wymalowała kredą, bez żadnej pomocy a tylko z potrzeby ducha, piękny rysunek kobiety z ała na głowie.

Normalnie szczeny nam opdały. Nie zdążyliśmy się dobrze rozebrać, gdy ze smutną miną pokazała nam swoje dzieło. Cud, normalnie cud.