poniedziałek, października 30, 2006

Kombinuje jak bóbr

Proces rozwoju dziecka jast dla nas, rodziców-laików, czymś zupełnie niepojętym. Dziecięca umiejętność nauki poprzez samą obserwację przerasta wyobraźnię dorosłych. Szczególnie zaś językowe manifestacje tego procesu zwalają z nóg.

Edyty nie było cztery dni i po powrocie zdębiała. Nie poznała Marysi. Ilość nowych słówek przyswojonych w tym czasie była dla niej szokująca. Poczynając od uroczego "błiszczik" a na rodzinnej mantrze "Buka, Buka, berbelucha" kończąc, nawet jeśli w wykonaniu Marysi brzmi to bardziej jak "Buka, Buka, bebebuba".

Hania wybrała się raz z tatą do sąsiada za miedzę, do którego wichura wywiała nasz namiot. Poszli, wrócili a Hania podsumowała krótko całą wyprawę: "Ja z tobą tato współpracowałam". Jakbym miał gdzie, to bym sobie usiadł. Kto ją tego słowa nauczył!? I umiejętności jego właściwego użycia? Dobrze, może usłyszała u rodziców i przyswoiła. Można to zrozumieć. Ale pewnych zwrotów się po prostu nie używa. Przykładowo: "Płacze jak łysy koń pod górę". OK. Pomyliła się trochę. Ale znaczy to również, że słyszała oba powiedzonka - i to o koniu i to o bobrze - a do tego zdaje sobie sprawę, że umęczony koń może nie tylko kombinować, ale i popaść w rozpacz. I skąd taka wiedza?

A już nie daj Boże użyć przy dziecku łaciny. Zapada w pamięć na amen. A potem trzeba oszukiwać, że mama powiedziała kurka mać. Kurka mać.

Brak komentarzy: