piątek, czerwca 30, 2006

Już za cztery lata...

Mundial w roku 2006 to prawdziwa katastrofa. I nie chodzi tylko o kiepski występ naszych, chociaż o to też, ale także o to, jak się życie pozmieniało.

A miało być tak pięknie. Cztery lata temu było przynajmniej śmiesznie - Górniakowa ośmieszyła tradycję śpiewania hymnu narodowego, nasi po pyszałkowatych zapowiedziach ośmieszyli sami siebie, żona ośmieszyła mnie lepiej przewidując wyniki meczy. Same mecze grane były w zupełnie śmiesznych godzinach i wynik znałem zanim można było mecz obejrzeć. No gorzej być już nie mogło. Tak się przynajmniej wydawało.

I tu proszę. Nadszedł rok 2006. Mundial u sąsiadów, jak się dobrze nastawić, słychać wrzaski kibiców na stadionie, mecze w porze najlepszej oglądalności. Nasi obiecują oddać serce lub ducha na murawie. Bajka. Ale miłe złego początki. Bowiem jak się okazuje wszystko to już inny świat. Nasi serca i ducha zostawili w szatni. Dzieci albo chcą oglądać bajki albo się bawić. Edyta, dobra żona, zajmuje się więc dziećmi, przez co mecze oglądam w samotności. Co to za przyjemność siedzieć sam jak kołek przed ekranem, nawet jeśli piwo dobre? Żadna przyjemność.

A do tego żona, nawet nie oglądając meczy, typuje wyniki lepiej ode mnie. Po prostu żyć się odechciewa!

Brak komentarzy: