Zaczęła się wiosna roku 2007.
Pierwszego dnia wiosny spławiliśmy Marzannę, która ochoczo popłynęła do morza, żegnana płaczem Marysi:
- Nie ma Maźany! Gdzie jest Maźana?- Popłynęła, Marysiu. Do morza.
- Do moźa?! A dlaćego do moźa?! Buuuuuu!!!
Kilka dni potem był zaś wspaniały, sportowy weekend, kiedy Małysz wygrał trzy konkursy z rzędu i zdobył puchar świata, kiedy nasi wygrali 5:0 w nogę. Kiedy w końcu Otylia pirat drogowy popłynęła po srebrny medal mistrzostw świata.
W tej atmosferze siedzimy sobie, tata z Marysią, niedzielnym wieczorkiem i oglądamy sportowe wiadomości.
- Tata! Małyś. Małyś.

Pokazują jak skacze.
- Nie upadnie?
- Nie. Wyląduje.
- Wyląduje?
- Tak.
- Tata! Znów Małyś.
Pokazują jak płacze.
- Płaće.
- Cieszy się.
- Nie. Płaće.
- Tata. Tata. Małyś.
Pokazują jak podnosi kryształową kulę.
- Tata, a co to?
Pokazują Otylię.
- To Otylia. Pływa. Bardzo szybko pływa.
- Pływa?
- Tak. Pływa.
- Jak Maźana?
Rok temu paliliśmy kukłę i było źle. W tym roku humanitarnie popłynęła więc sobie na wycieczkę i też jest trauma. Może to jednak istotnie głupi zwyczaj?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz