poniedziałek, września 15, 2008

Post nr 152 - Oficerowie

W trzecią rocznicę powstania bloga nie będę nikogo zanudzał statystyką ani planami na przyszłość ani żadnymi innymi mądrościami. Ale żeby nie było jak zwykle, zamiast o dzieciach, zapodam (nie pierwszą zresztą) historyjkę pochodzącą z mych bogatych, wojskowych wspomnień.

Raz w życiu brałem udział w ćwiczeniach wojskowych – nie licząc oczywiście półrocznego „długoterminowego przeszkolenia...”. Była to jakaś próbna mobilizacja, którą generalicja ogłosiła chcąc sprawdzić sprawność procedur.

W jednostce stawiłem się jako jeden z ostatnich, niby luzak taki, co to w końcu życia wojskowego liznął. Wiarus prawie. Poobijamy się ze dwa dni i będzie miło. Szybko zmuszono mnie do weryfikacji tego poglądu.

Bardzo ważny pan oficer wywołany z ciemnej kanciapy przez dyżurnego, krzywo patrząc na marudera (wieczór był, gdy przybyłem), zasiadł za biurkiem i niechętnie otworzył wielką księgę leżącą na blacie. Sprawdził kwitek, który mu wręczyłem po czym paluchem rozpoczął wyszukiwanie. Gdy znalazł, brwi nieco mu się uniosły.
- O! Pan dowódca.
- Że co?
- Jest napisane, że jest pan dowódcą.
- Co?
Uznał mnie chyba za nieszczególnie bystrego, bo bez zbędnych wyjaśnień przeszedł do sedna sprawy.
- No to panie dowódco, w końcu się pan pojawił...
Dowódca? Że niby ja? Ale o co kaman?

Oficer osobiście poprowadził mnie do koszar, wprowadził do jednego z pomieszczeń i uprzejmie przedstawił zgromadzonemu wojsku. Zastępcy dowódcy (który przybył był wcześniej) zabrał mój pas z pistoletem i uroczyście zapiął na moim brzuchu. Następnie zainicjował oficjalne przekazanie dowodzenia. Zachowywałem się trochę jak we śnie – wychodząc ze słusznego chyba założenia, że to nie może się dziać naprawdę.
- Kolego – odezwał się zastępca po wyjściu oficera – A ile tych ćwiczeń kolega już odbył, że zrobili dowódcą?
Facet pił najwyraźniej do mojego młodego wyglądu. I rzeczywiście, ze zgromadzonego towarzystwa kolegów z szarżami, to jakiś taki najmłodszy byłem.
- Ja?! Ja pierwszy raz.
I to był błąd chyba, bo od razu cały mir u wojska straciłem. Kto by tam słuchał jakiegoś gołowąsa. Na szczęście wojsko ogólne było dość tradycyjne – takie tam pospolite ruszenie, gdzie nikt nikogo słuchać nie będzie. Nic się w tym temacie już od kilku wieków nie zmienia.

Kilka razy dzielny dowódca otrzymał OPR od wyższych rangą za leniwe wojsko, snujące się po korytarzach – generalnie jednak nie było tak źle: chłopaki się nie schlali, nie hałasowali ani nie uciekali z koszar. To, że zlewali wszystko i wszystkich zdaje się nikogo nie dziwiło.

Kulminacyjnym punktem „ćwiczeń” był uroczysty apel. Ustawili nas na placu do przeglądu, poczekaliśmy godzinkę czy dwie, aż generały rozpoczną wizytację. No i zaczęło się. Idzie sobie pan generał, ogląda rosłych wojaków, jeden w drugiego patriota. Nienagannie uszyte mundury, buty lśnią. Pan generał zadowolony. Pan generał musi porozmawiać z wojskiem. I jak myślicie, do kogo podchodzi na pogaduszki?
- Panie dowódco, jakiej specjalności są pana ludzie?
- Telefoniczno-telegraficzna panie generale – początek miałem niezły, zresztą pouczono mnie, co mam mówić.
- Hmm, a gdzie pana mapnik? - a o takich pytaniach nie uprzedzali...
- Melduję, że nie mam panie generale!
- Jak to? Nie wydano mapnika oficerowi? A lornetkę?
- Melduję, że nie wyposażono mnie w lornetkę panie generale!
- Aha.
I poszedł. Nie wiem, czy dowódca jednostki słyszał naszą konwersację. I wolę nie wiedzieć.

Wieczorem, w regionalnych wiadomościach, był reportaż o tej mobilizacji. Pokazali zwisających w oknach, zblazowanych, o zgrozo, moich podkomendnych!
- Hej!! Panowie!! A co wy tam robicie?!! – darł się redaktor
- Sztukę walimy!! Nic nie robimy i tyle!!

Moje chłopaki! Moje wojsko!

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

....sto lat, sto lat, niech blogu żyje nam, stooooooooo lat....

Zigi

Anonimowy pisze...

....jeszcze raz........nie żyje, żyje nam........

Fredzia