sobota, października 27, 2007

Sado maho?

Wezwani pod groźbą grzywny, stawiliśmy się z Hanią w naszej znienawidzonej przychodni. Na szczepienie - tężec, Heinego-Medina i takie tam. Edyta pamiętała z własnych doświadczeń, że pije się jakieś świństwo i z głowy.

W poczekalni tłum. Szum, płacz, pokrzykiwania zdenerwowanych rodziców. Wezwali chyba połowę wałbrzyskich pięciolatków. Za drzwiami, za którymi znikają kolejne przedszkolaki odbywają się jakieś dantejskie sceny. Piski, krzyki, płacze, wołania o pomoc. Potem drzwi się otwierają. Wychodzą przez nie dzieciaczki roztrzęsione, sponiewierane, z żalem w spoconych oczach. Za nimi umęczeni rodzice. Dziwne. Pewnie to jakieś inne szczepienia.

Wreszcie przychodzi czas i na Hanię. Edyta znika z nią w strasznym pomieszczeniu.
Cisza...
Cisza...
Cisza...

Tata zaczyna gryźć palce ze zdenerwowania. Zostawione pod jego opieką tamagotchi cichutko popłakuje. STRACH.

Potem wychodzi Hania. Na odsłoniętych ramionach, z obu stron, plastry. O Jezu! Nie było kielonka tylko zastrzyk. Dwa zastrzyki!! Ale co to? Hania idzie zadowolona, rozgląda się, nieco zadziwiona, po spłakanych rówieśnikach.
- Mamo. Ale fajnie było, nie?

Brak komentarzy: