czwartek, lutego 15, 2007

Dirty Dancing

Hania już od pewnego czasu uczęszcza na lekcje baletu. Lekcje prowadzi tancerka z teatru we Wrocławiu, Białorusinka z wymową, którą chyba tylko małe dzieci są w stanie zrozumieć. Żywy archetyp rosyjskiej primabaleriny.

Znając słomiany zapał Hani do różnych rzeczy, po zakończonych porażkami próbach z przedszkolem i z zuchową drużyną, z wielką obawą oczekiwaliśmy jej ocen po pierwszej lekcji.

Pierwsze zajęcia. Rodzice obserwują się nawzajem ukradkowo. Nikt nikogo jeszcze nie zna. Czekamy. W przerwie Hania wybiega, przekonana, że to już koniec i komunikuje dyszkantem:
- Było superancko! Najlepiej na świecie! - zaś gdy tylko orientuje się, że przed nią jeszcze druga część, zakrzyknęła - Hurrrra!! - i poleciała ćwiczyć.

W podobnym mniej więcej czasie z sali wybiegła inna dziewczynka, ze łzami w oczach szukając swojej mamy. Za nią primabalerina.
- Nie znoszę pani! - wrzasnęła w desperacji podkreślając stan ducha wywalonym jęzorem i z braku mamy wtuliła się w Edytę. Znów mieliśmy wątpliwości.

Z końcem zajęć uważnie obserwowaliśmy Hanię.
- Super! Fajowsko! - komunikowała przebierając się, a jednocześnie jakaś taka...niewyraźna była. Oho!
- Haniu?
- Tu mnie boli - pokazuje żebra.
- Co się stało?! - wizja archetypicznej baleriny ze szpicrutą rozbłyska w mózgach rodziców.
- Pani powiedziała, że możemy skakać jak tylko chcemy i ja tak skakałam, że aż mnie tu zabolało.
Balet. Hania jest do tego stworzona.

Brak komentarzy: