O zwykłej wizycie u alergologa nie byłoby po co pisać. Ale to nie była zwykła wizyta. To była wizyta, która zakończyła się największą awanturą w nowożytnej historii wałbrzyskiej przychodni. Warto ją przedstawić ku przestrodze światu a dzieciom ku pamięci.
Wizyta u alergologa to taka wizyta, której termin znamy rok wcześniej. No, najmniej pół roku. Wyznacza go sam lekarz. Tym niemniej w dniu wizyty trzeba się zarejestrować , coby kobity z rejestracji mogły przygotować zawczasu kartotekę i coby doktor wiedział, że pacjent tam czeka pod drzwiami.
W wałbrzyskiej przychodni alergologicznej tłum od rana był jak zwykle - niepoliczalny. Dzieci smarkają, płaczą i szarpią pokłute ręce. W końcu to wszystko alergicy... Edyta zarejestrowała się jak Pan Bóg przykazał a potem, przygotowana na długie czekanie - oczekiwanie to rozpoczęła. Była cierpliwa. Pielęgniarka co rusz wyczytywała kolejne nazwiska - nie było więc typowej kolejki. Minęło 30 minut, 40, godzina. Nawet świętemu jednak zapasy cierpliwości kiedyś się kończą. A Edyta święta nie jest.
Gdy minęła godzina z dobrym hakiem a wszystkie twarze oczekujących zdążyły się już wymienić ze dwa razy, zdeko wkurzona zajrzała do lekarki:- Pani doktor. My już długo czekamy. Czy pani ma nasze papiery?
- Oj, pani Edyto - lekarkę znamy z wizyt prywatnych - nie mam...
Ziemia sie zatrzęsła. Albo tylko tak się Edycie zdawało, gdy wściekła szła do rejestracji. Jeszcze jednak panowała nad sobą.
W rejestracji kobitki zakończyły już zapisy, panowało więc ogólne rozluźnienie obyczajów...żadna z czterech pracownic nie zwracała uwagi na czerwoną twarz w okienku. Bo i po co?
- Halo! Czy któraś z pań jeszcze pracuje?!
- O co chodzi - znacie ten niechęcią kapiący ton głosu, znany z każdej państwowej przychodni, prawda?
- Rejestrowałam dzieci półtorej godziny temu. Chciałam się dowiedzieć, kiedy będę mogła zostać przyjęta przez alergologa, bo on wciąż nie ma naszych kartotek!
- A jaki numer? - to pytanie działało wyłącznie w Auschwitz. Obecnie każdego normalnego człowieka doprowadza do krzyku.
- Ja nie wiem jaki numer!! Nazwisko mogę podać!!!
- Ale nie ma się co denerwować... - to jest kolejne zdanie, które działa zupełnie odwrotnie do intencji. Połączone z tym poprzednim doprowadza do eksplozji.
Eksplozja nastąpiła. Od tej pory Edyta już tylko krzyczała coraz głośniej. Nie bardzo zresztą pamięta co. Kobitki rozbiegły się w popłochu, a dzieci nasze zajęcze zamarły w niemym podziwie. A może w przerażeniu?
Edycie szczęśliwie nie pękła żadna żyłka w mózgu a zagubione kartoteki odnalazły się... u neurologa. Cóż, jest pewne fonetyczne podobieństwo...
Paniom z przychodni alergologicznej zalecamy szkolenie z podstaw obsługi klientów.
Dzieciom zalecamy pozbycie się alergii.
Edycie zalecamy melissę.
1 komentarz:
Uff... a miałam zamiar też tam się wybrać , ale może jednak mój synek nie ma alergii..
Prześlij komentarz