Mama wpadła na pomysł, że dzieci mają sobie odłożyć pieniążki na wakacyjne atrakcje - takie wiecie lody, karuzele i inne skakalnie. Ale jak tu coś odłożyć, kiedy się nie ma swoich dochodów? Proste - trzeba otworzyć sklep.Sklep ma kasę, ladę, dwie ekspedientki. Handel dotyczy wyrobów rękodzielniczych - obecnie dominują zaś motywy świąteczne. Klientów nie ma dużo - tata, mama, Niania. Czasami ktoś jeszcze. Ale interes się kręci.
Niestety prawidłowości gospodarki nie omijają nawet tej rodzinnej działalności. Otóż w sklepiku szaleje inflacja. Dziewczyny zorientowały się bowiem szybko - że te żółte pieniążki nie rekompensują im nakładu pracy. Podniosły więc ceny. 10 - 20 grosików za produkt niedługo je jednak satysfakcjonowało. Znów podniosły ceny. Większe rzeczy kosztowały już złotóweczkę a skarbonka nabrała miłego dla duszy ciężaru.
Wczoraj pracując w ogrodzie Hania zażądała za pięknie zasadzony w doniczce kwiatek 5 złotych. Po długich targach opuściła co prawda do dwóch, ale nie o to chodzi. Chyba trzeba dzieciom przyswoić kolejne pojęcie z zakresu ekonomii - deficyt budżetowy.
1 komentarz:
...ja mam czasem deficyt karmowy...
Zigi
Prześlij komentarz