wtorek, lutego 19, 2008

Specialite de la maison

Mama zdecydowała pewnego dnia, że najwyższy już czas wprowadzić jakieś bardziej zdecydowane posunięcia w zakresie różnicowania dziecięcej diety.

Dnia poprzedzającego godzinę W strzeliła pogawędkę o poznawaniu nowych smaków, porównując to zjawisko do poznawania świata i radości płynącej z dokonywania odkryć na miarę co najmniej Kolumba. Zaś nazajutrz...

Nazajutrz na obiad była jajecznica.
- Buuuuuu!!! - obie dziewczyny rozpłakały się już na sam widok. Było rozdzieranie szat, teksty o bolących brzuchach, rączkach oraz wszelkie stopnie odruchów wymiotnych. Słowem wszystkie te stare sztuczki, sprawdzające się dotąd niezawodnie.

Tym razem jednak mama pozostała nieugięta.
Pierwsza poddała się Marysia. Jednym zębem bo jednym, ale rozpoczęła konsumpcję.
Hania broniła się dłużej, ale bez moralnego wsparcia ze strony Marysi i ona musiała w końcu skapitulować. Przez łzy zaczęła jeść.
- Mamooooo. Ale jutro już tego nie zjem...
- Jutro nie - zapewniła mama bardzo znaczącym tonem. Hania chwyciła w lot tę aluzję.
- Nie? A co?!
- Zupę pomidorową.
- Buuuuu!!!! Nieeee!! Zupa pomidorowa jest okropna!
- To gołąbki.
- Buuuuu!!!! Nieeee!!
- Owoce morza....
- Nieeee!!! Ja nie chcę!!
- No to perpetuę....
- Buuuuu!!! Tylko nie perpetuę!!!!!
- To w takim razie co?
- Kulki z mlekiem.
- Kulki będą na śniadanie.
- To chleb.
- Na kolację. A na obiad?
- To niech już będzie ta jajecznica...

Gdyby wszyscy byli tacy jak Hania jest do jedzenia, to Ameryki do tej pory by nie odkryto.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

....muszę za wszelką cenę pogadać z Sebą....to ważne.....

Anonimowy pisze...

...o mojej diecie...lubię jego kuchnię puszkową...ale ostatnio przesadza...

Anonimowy pisze...

dlaczego?

Anonimowy pisze...

...nie wiem...